„Z głębokim żalem zawiadamiamy, że dnia 22 lutego zmarł wielki kajakarz Aleksander Doba. zmarł śmiercią podróżnika zdobywając najwyższy szczyt Afryki – Kilimandżaro spełniając swoje marzenia. Pogrążona w żalu żona, synowie, synowe i wnuczki” – czytamy na profilu kajakarza.
– Aleksander Doba zrobił sobie prezent na 71. urodziny. Po raz trzeci przepłynął w kajaku Atlantyk, zimną, północną częścią oceanu. 111 dni i 4150 faktycznie przewiosłowanych mil. Wypłynął 16 maja z zatoki Bernegat w New Jersey w USA i stanął na ziemi francuskiej w Le Conquet 3 września. Po drodze to, co najtrudniejsze – samotność, ogromna pusta przestrzeń, wysoki poziom zasolenia. I zmęczenie. Wiosłowanie, uszkodzony ster. Sztormy 8 –10 stopni Beauforta. Najtrudniejszy koniec. Silny wiatr, głazy i skały, ale widać światło latarni morskiej. „Chcę dopłynąć do kontynentu! Dokąd dopłynę i kiedy?” – pyta dramatycznie Doba. Ale dopłynął. Podróżnik, kajakarz, zdobywca i odkrywca. Na swoim koncie ma wiele rekordów, ustanowionych nie tylko dzięki sile mięśni, ale także hartowi ducha. Na mapie jego dokonań jest i nasze miasto. Kiedyś pokonał kajakiem Polskę – po przekątnej – z Przemyśla do Świnoujścia. Na kanwie tych wyczynów jawi się pytanie. Czy człowiek może dokonać więcej, niż mu się często wydaje? Może. Bo granica ludzkich możliwości to temat może – pisał o Aleksandrze Dobie współpracujący z nami felietonista Janusz Czarniecki.Podróżnik nie tylko przepłynął samotnie kajakiem Atlantyk (z Afryki do Ameryki Południowej) 3 razy, ale też opłynął kajakiem Morze Bałtyckie i Bajkał, a także jako pierwszy – całe polskie wybrzeże z Polic do Elbląga. Miał na koncie 2 złote, srebrny i brązowy medal Otwartych Akademickich Mistrzostw Polski w kajakarstwie górskim.
Aleksander Ludwik Doba urodził się 9 września 1946 w Swarzędzu, zmarł 22 lutego 2021 na Kilimandżaro.

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Niech spoczywa w spokoju.Wspaniały Człowiek
może autor artykułu zdecyduje się , czy płynął z Przemyśla do Świnoujścia, czy ze Świnoujścia do Przemyśla......bo to jednak różnica.......
Na pewno był to człowiek nietuzinkowy, rzadki "gatunek" .Fajnie jest patrzeć na wyczyny takich ludzi realizujących swoją pasję. Jest w tym coś niesamowitego,w tym co robią. Z drugiej strony pół biedy jeśli są osobami samotnymi, gorzej jeśli mają rodziny bo realizacja tych marzeń odbywa się kosztem rodziny. Nie tylko zmarły podróżnik ale np himalaiści , zwłaszcza polscy często zachowają się jak samobójcy,mają zdaje się swoje określenie pośród im podobnym z innych krajów gdzie decyduje rozsądek a nie fantazja ułańska. Ginący , często na własne życzenie , pozostawiają osierocone dzieci i żony z problemami dnia codziennego. Mimo że pan Doba był starszym człowiekiem to nie pomyślał że może należy już odpuścić i opowiadać wnukom czy prawnukom swoje przygody,zostawił problem swojej rodzinie w postaci kosztów sprowadzenia zwłok a powinien wcześniej zadecydować, i zorganizować ceremonię spalenia swoich zwłok pod Kilimandżaro na wypadek tego co się zdarzyło. Tacy już z nas ułani, fantazja najważniejsza z resztą jakoś tam będzie.
Z pewnością płyną przeszło 1000 km pod prąd.
Zgadzam się w stu procentach. Ci ludzie to po prostu egoisci. Za co ich podziwiać? Za nikomu nie potrzebny upór?Dla mnie godni szacunku to ludzie którzy,y pomagają w hospicjach, domach samotnych matek a nawet schroniskach dla zwierząt, choć wielu tam ekscentryków stawiających zwierzęta przed ludzmi. Tacy są godni szacunku, a nie wariat biegający tam i spowrotem po pustyni i jemu podobni.
Wielka szkoda ????????????.
Niech spoczywa w spokoju.Wspaniały Człowiek
może autor artykułu zdecyduje się , czy płynął z Przemyśla do Świnoujścia, czy ze Świnoujścia do Przemyśla......bo to jednak różnica.......