Reklama

Każda meta była nowym początkiem. Krzysztof Ryzner na mecie maratonu stanął już 200 razy!

Nie goni za rekordami, lecz realizuje zakładane przez siebie cele. Krzysztof Ryzner z Jarosławia po raz pierwszy w zawodach biegowych wystartował w 2007 roku, w Gorlicach, w wieku 46 lat. 19 lat później na jego biegowym liczniku znajduje się już 200 maratonów. Przystanął na chwilę, by opowiedzieć naszym Czytelnikom o pasji, wytrwałości i „tym czymś”, co znajduje w bieganiu.

200 ukończonych maratonów to ogromne osiągnięcie i niemały powód do dumy. Gdyby miał Pan opisać swoją biegową podróż trzema słowami, jak one by brzmiały?

 – Maraton. 42.185 metrów.

 Kiedy zaczęła się Pana historia z bieganiem? Czy już po pierwszym ukończonym maratonie postawił Pan sobie cel: przebiec ich tyle, ile tylko się da?

– Jak to się stało, że przebiegłem 200 maratonów? Cóż… nigdy nie stawiałem sobie za cel przebiegnięcia określonej ilości. Na pewno na początku motywacją była walka o dobry wynik, jak u każdego. Ale w końcu zaczęła się zabawa i przygoda. Zacząłem bardziej myśleć o zwiedzaniu i połączeniu go ze startem w ciekawym miejscu. No i się nazbierało…

Reklama

Czy w tej imponującej historii znalazł się taki bieg, którego ukończenie, z jakichś powodów, wydało się niemożliwe?

 – Na pewno starty w biegach na początku 12-godzinnych w Rudzie Śląskiej, a potem 24- godzinnych w Katowicach wydawały się czymś, co przekraczało moje wyobrażenia. Jednak jak się okazało – wszystko można pokonać. Ktoś kiedyś powiedział, że najpierw biega się nogami, potem głową, a na końcu sercem. Tak więc najpierw, poprzez treningi, trzeba przygotować organizm do określonego wysiłku. Potem ułożyć sobie wszystko w głowie –zarówno przed zawodami, jak i w ich trakcie. No i serce. Ten, kto ma w sercu bieganie jest w stanie wszystko poukładać i pokonać wszelkie wyzwania.

Reklama

Z perspektywy czasu, czy istnieje maraton, którego nigdy więcej Pan by nie pobiegł? A może jest taki, którego ponowne ukończenie znajduje się na pańskiej liście marzeń?

– Na pewno nie zakładam startu w biegach, o których wspomniałem – 12-godzinnych, dobowych, czy przykładowo w „Kaliskiej 100”. Już chyba nie ten wiek, nie te możliwości fizyczne. Nie wydaje mi się, że mógłbym się mentalnie do takich biegów w tym momencie przygotować. Z reguły nie startuję za granicą dwa razy w tym samym biegu, ale maraton w Atenach, który pokonałem w 2018 roku, przebiegłbym jeszcze raz.

Reklama

„Bieganie to nałóg” – mówi K. Ryzner. W porównaniu z innymi, ten jednak wydaje się najmniej szkodliwy. Świadczy o tym chociażby rzadkie goszczenie w gabinetach lekarskich. Na zdjęciu pan Krzysztof na maratonie w Rzymie. Fot. archiwum prywatne K.Ryznera

Co tak naprawdę daje Panu bieganie? Musi być w nim przecież coś, czego nie znalazł Pan w innych aktywnościach. Gdyby nie było – raczej na liczniku maratonów nie pojawiłaby się „dwusetka”.

– Na pewno bieganie uczy dyscypliny – zarówno startowej jak i treningowej. Z pewnością uczy też przezwyciężania trudności, a przede wszystkim niepoddawania się gdy organizm – zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym mówi dość. A to wszystko można zastosować w życiu codziennym. 

Reklama

 Maratony to sprawdziany ciała czy charakteru? 

– Jak już wspomniałem – nogi, głowa i serce – to wszystko musi zagrać. Bez tego nie ma maratonów. No… może jednorazowo da się go przebiec, lecz nie może być mowy o ich większej liczbie. Wówczas to nie jest przyjemnością.

A co z kryzysami? Wielu sportowców się przecież z nimi mierzy. Podobnie zresztą jak z kontuzjami. Da się „nauczyć” ich przechodzenia?

– Tam gdzie jest maraton, jest i kryzys, a nieraz kilka kryzysów. Jest maraton – są i kontuzje. Zawsze jednak musimy sobie postawić pytanie: czy efektem końcowym ma być wynik za wszelką cenę, czy wspaniała przygoda? Wiele osób z którymi zaczynałem postawiło tylko i wyłącznie na wynik. Ich już na trasach maratonów niestety nie ma. Dlatego trzeba wybrać...

Reklama

 Czy był moment, kiedy pomyślał Pan sobie: „już dość”?

– Takie momenty są zawsze. Szczególnie miałem z nimi do czynienia w pierwszych maratonach. Pod koniec biegu mówiłem sobie: „już nigdy więcej”. Ale teraz, na bazie doświadczenia, które posiadam, potrafię wyważyć co jest dla mnie i dla mojego organizmu dobre i bawić się tą, naprawdę wielką przygodą.

Pan Krzysztof swoją pasją zaraża wielu. Wśród tych „szczęśliwie zarażonych” miłością do biegania znalazła się m.in. jego żona. Zdjęcie z maratonu w Salonikach, w 2024 r. Fot. archiwum prywatne K.Ryznera

Reklama

Za Panem setki, jeśli nie tysiące przebiegniętych kilometrów. Niezliczona ilość poznanych ludzi. Niezapomniane wrażenia. Czy przez te lata, podczas maratonu zdarzyło się coś tak poruszającego, że zostało z Panem do dziś?

– Na pewno pierwszy przebiegnięty maraton w Warszawie w 2007 roku, gdzie starterem była Irena Szewińska i zagrano hymn. Wtedy przeszły mnie ciarki. Zadałem też sobie pytanie: „co ja tutaj robię?”. Pamiętny jest też maraton w Atenach, czyli tam, gdzie historia maratonów miała swój początek.

Reklama

Czy po przebiegnięciu 200 maratonów ma się jeszcze jakieś sportowe marzenia?

– Nie staram się marzyć, bo marzenia się z reguły nie spełniają. Stawiam sobie cele, które są realne. Teraz moim celem jest Sofia Maraton, który mam zamiar przebiec po wakacjach. Tego się trzymam. A co potem? Postawię sobie nowy cel…

Życzę zatem ich osiągania. Dziękuję za rozmowę.

 

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 31/07/2026 09:34
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości