Reklama

Lekarka z Przeworska pomagała uchodźcom w obozie na greckiej wyspie Chios

25/02/2019 17:00

Rząd przepełnionych do granic kontenerów przerobionych na baraki. Namioty sklecone naprędce dla tych którzy na „luksus” kontenera się nie załapią. I ludzie. Ludzie z różnych zakątków Afryki i Azji. Ludzie z traumami – po morskiej podróży w pontonie czy na tratwie, po wojnie, po prześladowaniach, po torturach – obraz jaki wyłania się z relacji przeworskiej lekarki pracującej w obozie dla uchodźców jest wstrząsający.

Kiedy spotykam się z dr Anną Kozak-Sykałą, zastanawiam się, co pchnęło cenioną przeworską lekarkę, ordynator nagradzanego oddziału neurologii, do tego, by rzucić wszystko i na dwa świąteczne tygodnie przełomu roku wyjechać do Grecji, by w zorganizowanym tam obozie dla uchodźców nieść pomoc medyczną. – Z takim zamiarem nosiłam się jeszcze od czasów studenckich – wyjaśnia mi Anna Kozak-Sykała.

– Zawsze jednak coś stawało naprzeciw. A to rodzina, dzieci, a to specjalizacje. Teraz nie mam już tylu obowiązków i wróciłam do dawnych planów. Zgłosiłam się do Polskiej Misji Medycznej. Przed świętami padło pytanie, czy mogę przyjechać do Chios, potrzebowali dwóch lekarzy, porozmawiałam z synem, nie musiałam go długo namawiać i pojechaliśmy we dwójkę.  

Reklama

Kontenery i namioty

Chios to miejsce nieprzypadkowe. W turystycznych przewodnikach zachwalana ze względu na swe walory krajobrazowe, ale i położenie z dala od najbardziej obleganych ośrodków. To położenie jest ważne także ze względu na bliskość tureckiego wybrzeża. Turcja jest swego rodzaju krajem tranzytowym, to tu przybywają uchodźcy z Azji i Afryki. To z Turcji uciekają by znaleźć swoje miejsce w Europie. A najbliższa „Europa” to właśnie Chios. Z tego względu na niewielkiej wyspie zorganizowano obóz dla uchodźców.

– Warunki w których ci ludzie mieszkają, są dramatyczne, mimo że Grecy[paywall] starają się jak mogą – opowiada pani doktor. – Jest obóz, w którym są kontenery, przewidziane jako miejsce krótkiego pobytu, ale ludzie mieszkają tam już od dawna. W tych kontenerach jest stłoczone kilka, kilkanaście osób i w zasadzie są tam tylko materace, jakieś szafy, czasami jest prąd, czasami nie ma prądu, a ci którzy się nie mieszczą, umieszczani są w namiotach na zewnątrz – relacjonuje.

Reklama

Wyczerpujące dwa tygodnie

Uchodźcy objęci są grecką opieką medyczną. W dzień dyżur pełnią pielęgniarki. Wspierają je „Lekarze bez granic”, którzy jednak na znak protestu przeciwko warunkom bytowym ludzi mieszkających w obozie swojej placówki w jego granicach nie posiadają. Anna Kozak-Sykała z synem miała „zabezpieczać” godziny popołudniowe i obsługiwać nocne zgłoszenia.

– O 16 przyjeżdżaliśmy do obozu i zaczynaliśmy przyjmować pacjentów, w zależności od tego, jaka była potrzeba, trwało to do 22 –23, po czym do godzin rannych mieliśmy dyżury pod telefonem Jak coś się działo, to byliśmy wzywani – mówi A. Kozak-Sykała. Jak sama przyznaje, przed wyjazdem miała  obawy – przede wszystkim, czy jej wąska specjalizacja się przyda, jak poradzi sobie z przypadkami wykraczającymi poza jej dotychczasową praktykę.  Poradziła sobie. – Spotykaliśmy się z bardzo różnymi przypadkami, począwszy od schorzeń internistycznych, kardiologicznych, ortopedycznych,  dermatologicznych, urologicznych, ginekologicznych,  po drobne urazy, małą chirurgię, małą ortopedię!

Bardzo dużo było pacjentów, zwłaszcza dzieci, z różnego rodzaju infekcjami, pogoda byłą wtedy bardzo deszczowa, często wiały zimne wiatry, temperatura spadała do kilku stopni. Do tego mnóstwo zaburzeń psychicznych, nerwicowych, – wylicza długą listę problemów, z jakimi się zmierzyła. Jak się okazało moja specjalizacja również bardzo się przydała, bo na wyspie nie ma neurologa

Reklama

Jak zebrać wywiad za pomocą kółeczka tłumaczy?

W swej relacji podkreśla dwie rzeczy –trudny dostęp do leków i barierę językowąa. Mieli tłumacza tylko z arabskiego na angielski, a uchodźcy mówili w wielu językach, szczególną trudność stanowił język farsi, którego nikt nie rozumiał. Pacjenci dobierani w grupy, tłumaczyli z języków znanych sobie na języki znane tłumaczom. Ci dopiero wyjaśniali lekarzom. Tworzyły się głuche telefony.

– Zebranie wywiaduy nawet z osobą, z którą mówi się w tym samym języku zajmuje trochę czasu, a co dopiero, gdy idzie tłumaczenie – wyjaśnia.

Reklama

Szczególnym wydarzeniem jest tzw. landing, a więc moment,m gdy uchodźcy przybywają na pontonach, łódkach, byle jak skleconych tratwach na wyspę. – Wtedy trzeba rzucić wszystko i udać się we wskazane miejsce – opowiada pani doktor.

Zadaniem lekarzy jest sprawdzenie stanu przybyszów, opatrzenie ran, przeciwdziałanie hipotermii. Lądowaniu towarzyszą też wolontariusze z misji humanitarnych. Ci błyskawicznie zaopatrują uchodźców w odzież, karmią i poją – to według naszej bohaterki robi wielkie wrażenie.

Reklama

Ludzkie dramaty

W historii doktor Kozak- Sykały niewiele jest miejsca na sentymenty, mało czasu na poznawanie historii ludzi, którym pomaga. Ale to ci ludzie są najważniejsi. Jak podkreśla pani doktor, w pierwszej kolejności trzeba było nieść im pomoc medyczną. Trudno jednak uciec od dramatów. A tych mimo krótkiego pobytu zebrało się kilka.

W jej relacji uderza skala problemów psychicznych, napadów lęków, depresji, samookaleczeń. Nie, bynajmniej to nie wynik degradacji uchodźców. To najczęściej pokłosie ich trudnej przeszłości. A. Kozak Sykała wymienia wśród nich ofiary tortur, prześladowań, ludzi uciekających przed wojną, ludzi, którzy w morską wyprawę wybierali się byle czym, byle unosiło się na wodzie.

No i dzieci. Są jeszcze dzieci. Takie, które nie płaczą, bo zostały nauczone tego, że muszą być cicho. I jeszcze dzieci pozostawione samym sobie. Te którym rodzice spróbowali dać szansę na lepsze życie – sami nie mogąc sobie pozwolić na to, by z tej szansy skorzystać. Takich dzieci jest w obozie kilkadziesiąt. Ludzkich historii jest w opowieści pani doktor więcej, o niektórych nie chce mówić lub zaznacza, że nie chce, by były publikowane. W pamięć zapadła jej jednak kobieta, którą poznała, gdy trafiła do niej z atakiem paniki.

– Udało mi się ją uspokoić. Kiedy zdjeła hidżab – okazało się, że mimo młodego wieku ma całkiem siwe włosy – opowiada. Do obozu  przybyła z dwójką niepełnosprawnych dzieci. I mimo tego, że dotarła do Chios, nie opuszcza jej lęk o przyszłość dzieci, rodziny. Teraz żyje w bardzo trudnych warunkach nawet dla zdrowych dzieci, a cóż dopiero kiedy ma się dwoje słabo chodzących kilkulatków i tak niejasne perspektywy na jakiś własny, suchy i ciepły kąt.

Reklama

Trudne pytanie

Pani doktor od polityki stroni. Nie chce mieszać się w sprawy wielkich tego świata. Akcentuje jednak różnice pomiędzy uchodźcami a imigrantami. Ty pierwszym trzeba pomóc, twierdzi jednoznacznie. Podkreśla, że uchodźcy w Chios są mimo bagażu problemów przyjaznymi ludźmi i z przyjaznym traktowaniem spotykają się w Gracji. Nie zakłamuje rzeczywistości, konflikty się zdarzają, bo te pojawiają się zawsze w ludzkim zbiorowisku, zauważa jednak, że jak na tygiel kultur jest i tak spokojnie, a tarć na płaszczyźnie religijnej nie ma wcale.

Gdzieś na marginesie rozważa też, że pomoc jest logistycznie możliwa, że przyjęcia jakiejś grupy ludzi z Chios, nasze lokalne społeczności nawet by nie zauważyły. Na pytanie zadane jej przez greckiego koordynatora, dlaczego Polska nie chce przyjąć uchodźców, odpowiedzieć jednak nie potrafi.

Reklama

 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    hasler - niezalogowany 2019-02-26 12:06:30

    Niech ma się na baczności przed naziolami.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości