Marian Jerzy Ryznar, jedna z najbarwniejszych postaci sceny samorządowej naszego regionu, w ubiegły czwartek, 23 września, przekazał do publicznej wiadomości, że rezygnuje z mandatu wójta Wiązownicy. O kulisach podjęcia tej decyzji, zmęczeniu, poczuciu zaszczucia, zmianie perspektywy, sukcesach i porażkach 15-letnich rządów, ale i o „tajemnicy” zamknięcia Radawy rozmawialiśmy z nim w dzień po ogłoszeniu tej zaskakującej informacji.
O pewnych, nazwijmy to, „trudnościach” w kierowaniu gminą mówił Pan od dłuższego czasu. Podkreślał Pan przy tym, że decyzja o zrzeczeniu się mandatu jest przemyślana. Długo w panu kiełkowała ta myśl?
– Rzeczywiście dojrzewałem do tej decyzji dosyć długo. Czuję się coraz bardziej zmęczony, czuję się nie najlepiej, jeśli chodzi o zdrowie, a z drugiej strony pojawiły się czynniki zewnętrze. Nie nobilituję się tutaj, czy nie udaję, że nie ma sprawy postępowań sądowych, które zbliżają się do finału. Tym, co chyba przypieczętowało moją decyzję, była sytuacja[paywall], do której doszło w Wiązownicy. W ciągu roku zmarł ojciec, jeden syn, drugi syn i z rodziny kiedyś prężnej, zasobnej, została samotna matka. Te śmierci, śmierć moich trzech pracowników w tym roku, kilku innych bliskich mi osób zmieniły perspektywę mojego spojrzenia. Jestem umęczony bronieniem się, walką i zobaczyłem, że być może gdzieś za daleko zaszedłem, że być może są inne wartości, że czasem po prostu trzeba powiedzieć „dość”, bo życie tak szybko ucieka.
W oświadczeniu na sesji rady mówił Pan o względach osobistych, ale i czynnikach zewnętrznych, o nieprzychylnej atmosferze wokół Pańskiej osoby i gminy, które mocniej zaważyły na Pańskiej decyzji?
– Było to pół na pół. Zmęczenie wynikało z tych ciągłych ataków, postępowań prokuratorskich, sądowych. Do tego był element, tak przynajmniej to odbieram, blokowania w ostatnich rozdaniach wsparcia gminy środkami zewnętrznymi. Wiązownica została gdzieś tam pominięta. Teraz złożyliśmy wnioski na 15 milionów złotych do Polskiego Ładu i boję się, że ze względu na moją osobę gmina znów zostanie pominięta. Nie chciałbym, by moja osoba przysparzała problemów gminie, czy w jakiś sposób blokowała jej rozwój. Przekonało mnie o tym ostatnie stanowisko PGE, która dzierżawi od nas jaz w Radawie i ma elektrownię wodną. Były tam problemy, spółka doprowadziła do stanu, iż przestała piętrzyć wodę na rzece, a my nie mogliśmy przez to napełnić zalewu. Ja to wziąłem na siebie, wziąłem to na bark COVID-19, natomiast prawda jest nieco szersza, dla dobra sprawy nie mówiłem o tym – o to prosili mnie przedstawiciele spółki – bo chciałem problem rozwiązać poprzez współpracę, a nie potęgować konflikt. Już po sezonie letnim dostałem jednak pismo od tej spółki, że program naprawczy tego jazu, który został opracowany na wartość około 1,5 miliona złotych, gdzie deklarowaliśmy swoje wsparcie, będzie na etapie planowania przez PGE dopiero w I półroczu przyszłego roku. To mi podcięło skrzydła. Biorę na siebie całą odpowiedzialność, że Radawa nie ruszyła, jak również wszystkie przykre opinie w tym temacie, ale liczę, że spółka zachowa się w porządku i program naprawczy zaczniemy realizować już teraz. A tu taka informacja. Zatem powiedziałem „dosyć”. Nie będę trzymał w tajemnicy, że ktoś tam przez tak potężną spółkę próbuje mi Radawę nadal trzymać w niepewności i doprowadzić do kolejnego sezonu, w którym ona nie będzie funkcjonowała. Nie czuje się wprawdzie bezradny, bo jeśli dzierżawca doprowadził przedmiot dzierżawy do takiego stanu, że on nie nadaje się do użytkowania, to ja mam podstawy do zerwania umowy. Jeśli bym zerwał tę umowę, co zresztą zapowiedziałem, to można to pozwolenie wodno-prawne na piętrzenie wody przejąć jeszcze na gminę. I doprowadzić do tego, że zalew ruszy. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że kolejny rok ośrodek nie będzie funkcjonować. Ten rok pokazał, że Radawa jest potrzebna i mogę tylko przeprosić wszystkich, że jej nie było, ale nie byłem na tyle mocny, odważny, żeby to poprowadzić, bo obawiałem się restrykcji covidowych, z drugiej strony nie miałem wpływu na spółkę, żeby zaczęła piętrzyć wodę, ale już na przyszły rok nie można dopuścić do tego, żeby Radawa nie funkcjonowała.
Może być Pan postrzegany jako jeden z nielicznych samorządowców w regionie, który nie obawia się postawić, skrytykować obozu rządzącego. Jako jeden z niewielu wystąpił pan w barwach KO. Trudno oprzeć się wrażeniu, że płaci Pan cenę za tę postawę. Czuje się Pan zaszczuty? Pokonany?
– To trudne pytanie, ale uczciwie muszę odpowiedzieć, że tak, czuję się trochę przegrany, choć naprawdę nie chciałem tej walki. Tak naprawdę nie bardzo chciałem się mieszać w politykę. Na prośbę profesora doktora habilitowanego Zdzisława Gawlika, promotora mojego doktoratu, który w sytuacji, gdy jeden z kandydatów z listy KO zrezygnował, bo uznał, że jest na zbyt niskiej pozycji – zgodziłem się kandydować, nie licząc, że zdobędę mandat. Jestem realistą, wiedziałem, jaka to jest formacja, z której startuję, jak jest postrzegana w naszym regionie. Nie jestem młokosem, który wierzy, że wystartuje z dalekiej pozycji na liście i od razu będzie w parlamencie. Miałem powalczyć o głosy i o nie powalczyłem, zajmując czwarte miejsce na tej liście. Niektórzy mówią, że ja się po tym załamałem, zbuntowałem. Nie. Nie miałem „parcia”, ale sam start od razu drugiej opcji pozwolił zaszufladkować mnie, że „koniec”, że „ze mną się nie rozmawia”, choć i wcześniej byłem blokowany przez pewnych ludzi. Dzisiaj być może pewnych rzeczy bym nie zrobił, w pewne konflikty bym się nie wdał, bo tak naprawdę, może to trochę patetyczne zabrzmi, ile będziemy żyli? Ile możemy się nacieszyć władzą, stanowiskami? Trzeba pozostać człowiekiem.
Pańscy adwersarze mogą powiedzieć (A. Dworak w zasadzie na sesji już powiedział), że uprzedził Pan tylko to, co nieuniknione, proces o pobicie, który mógł w efekcie doprowadzić do wygaszenia Pańskiego mandatu, nie idzie dla Pana najlepiej. Co odpowie Pan tym, którzy stawiają takie zarzuty?
– Odpowiem, że mają rację. Nie ma co udawać świętego, gdy się świętym nie jest. Nie uciekam, ale może być sytuacja, że za parę dni ten fotel bym stracił. Nie jestem winny, ale mam świadomość, że takie widmo istnieje. Niestety obecnie niecały wymiar sprawiedliwości jest suwerenny, niezawisły, bez wpływu polityków.
Gdyby miał Pan spojrzeć wstecz na okres pańskiego „wójtowania”, to jest coś, z realizacji czego jest Pan dumny, zadowolony?
– Mam satysfakcję, że udało mi się z gminy rozbitej, podzielonej, stworzyć wspólnotę samorządową, gdzie te podziały uległy zatarciu. Udało nam się również na płaszczyźnie gospodarczej zrobić wiele dobrych rzeczy: na przykład utrzymać podatki na takim samym poziomie od 2007 roku, obniżone o ponad 50 procent przy równoczesnych, powszechnych licznych zwolnieniach opodatkowania (np. budynki mieszkalne, budynki gospodarcze). Udało się gminę rozwinąć w różnych kierunkach, mamy mocną oświatę, sukcesy w sporcie przy 7 działających drużynach piłkarskich, liczne działania na polu kultury, może nie te z najwyższej półki, ale kierowane do szerokich kręgów. Dużą satysfakcję sprawia mi ogólny wzrost aktywności naszych mieszkańców w licznie działających stowarzyszeniach. Koła gospodyń wiejskich czy straże pożarne oraz dobra współpraca z różnego rodzaju podmiotami gospodarczymi czy społecznymi. Nieskromnie powiem, że nie ma takiej dziedziny życia publicznego, w której nie zainwestowaliśmy dużych środków i nie wybudowaliśmy potrzebnej infrastruktury, jak szkoły, świetlice, stadiony, lodowiska, orliki, remiza OSP, szatnie sportowe, ale również prawie 150 km nowych dróg bitumicznych, ścieżki i trasy rowerowe, oświetlenie, kanalizacja, woda, wiaty biesiadne, skwery, parki itp. To wszystko powoduje, że gmina Wiązownica żyje, rozwija się, o czym może świadczyć fakt, że u nas, jako jedynej gminie dawnego województwa przemyskiego, przebywa mieszkańców. Gdy przeszedłem tutaj w 2006 roku, było nas 10 tysięcy 500, obecnie jest nas już prawie 13 tysięcy. Ceny gruntów budowlanych, których posiadamy dużo w zasobach gminy i prywatnych, systematyczne rosną, buduje się i osiedla u nas szereg młodych ludzi, zarówno z naszej gminy, jak i spoza niej. To cieszy, bo siła gminy tkwi w jej mieszkańcach.
A jest coś, co uznaje Pan za swoje samorządowe niepowodzenie? Jest coś, co chciałby Pan zrobić inaczej?
– Takie myśli nachodzą mnie co drugi dzień (śmiech): a może trzeba było zreformować strukturę szkół, a nie inwestować we wszystkie, a może kulturę trzeba było poprowadzić inaczej, nie ustawiać się na masy, a na kulturę przez duże „K”? A może w sporcie trzeba było zlikwidować 7 drużyn, a inwestować tylko w tę jedną? A może w inwestycjach należało zrobić coś innego. To jest ciężar zarządzania. Nawet jeśli chodzi o tę politykę, to nieraz się zastanawiam: „może nie trzeba było wchodzić w niektóre spory, może za emocjonalnie do pewnych spraw podchodziłem, ale tak jestem skonstruowany, nie lubię obłudy. Może zresztą na polityka się nie nadaję, bo może wyrażam swoje myśli zbyt otwarcie, zbyt prostolinijnie? A może jestem zbyt surowy, wymagający? To niech ocenią wszyscy, których w swojej tak długiej działalności spotkałem.
Spróbujmy porozmawiać o przyszłości. Ma Pan plan, pomysł na Mariana Ryznara już nie wójta?
– Jest pomysł na Mariana Ryznara ojca rodziny, Mariana Ryznara dbającego bardziej o zdrowie. Marzy mi się dokończenie doktoratu, marzy mi się powrót do uczelni, bo z tym środowiskiem byłem długo związany. Czy starczy mi na to sił, czasu, środków? Z drugiej strony żona ma gospodarstwo agroturystyczne i myślę, że może tam pomogę, pobędę trochę bliżej natury... Nie wiem tylko, czy mi jednak na to pozwolą, bo obawiam się, że teraz dopiero zacznie się nagonka. Nie mam wprawdzie nic do ukrycia, ale nie wiem, czy dadzą mi spokój.
Chciałbym się też dopytać, czy samorządowi mówi Pan „do widzenia” czy raczej „do zobaczenia”. Myśli Pan, żeby kiedyś wrócić do samorządu lub szerzej do działalności politycznej?
– Być może rzeczywiście za długo byłem na tym stanowisku i być może pasuje zmienić swoje życie, ale też nie zarzekam się, bo byłem radnym gminnym, powiatowym, delegatem do sejmiku województwa, więc trudno nagle jednym pociągnięciem odciąć się od tego, co było dużą częścią mojego życia, ale nie planuję na dzisiaj powrotu, nie w najbliższym czasie. Teraz chciałbym pożyć trochę inaczej.
Porozmawiajmy na koniec o przyszłości gminy… Jaki widzi Pan scenariusz dla Wiązownicy. Władzę przechwyci obóz Zjednoczonej Prawicy, czy gmina pozostanie niezależna politycznie? Będzie Pan wspierał któregoś z kandydatów?
– Jest tu dużo osób wykształconych, posiadających duże doświadczenie samorządowe czy zawodowe, które mogłyby ten urząd godnie pełnić, rozwijać gminę, a to, czy to będzie człowiek ze Zjednoczonej Prawicy, z Lewicy czy z koalicji, jest dla mnie ostatnim wyznacznikiem oceny tej osoby. Jeśli będzie mądry, to będzie się starał być przede wszystkim samorządowcem. W samorządzie nie ma aż tak dużo miejsca na walkę ideologiczną, choć to nam się czasem „wkłada”. Czy to będzie ktoś z jednej, drugiej czy trzeciej strony sceny politycznej, to będzie drugorzędne w stosunku do tego, co to będzie za osoba. Z kolei ta osoba musi się jak najszybciej zreflektować, że nie przychodzi tu dla polityki, a dla organicznej pracy u podstaw.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Każdy szanujący się chrześcijanin i katolik,powinien dążyć ku świętości!
Nic nie jest wieczne.Prócz serialu "Moda na sukces".