Idąc od drzewa Szwejka czerwonym szlakiem w lewo, po trzystu metrach (jeszcze przed fortem VI „Iwanowa góra”) trzeba skręcić w prawo i wejść na starą drogę forteczną prowadzącą do Rokszyc. Stąd do nieistniejącej wioski są niecałe dwa kilometry. Miejsce można poznać po starej kapliczce stojącej po prawej stronie drogi.
Za kutym parkanikiem okalającym metalowy krzyż z Chrystusem ktoś powtykał plastikowe kwiaty. U podnóża kapliczki stoją wypalone znicze. Dookoła żywego ducha, tylko niezbyt stary las, a w nim kilka czereśni kwitnących na wiosnę. Wprawne oko wypatrzy jeszcze dwa platany i kilka cegieł wyzierających spod trawy. Kiedyś tutaj była wioska Helicha, która dwa razy znikała, potem odradzała się na nowo, aż wreszcie znikła zupełnie.
Na austriackiej mapie Galicji i Lodomerii z 1783 roku w tym miejscu zaznaczona jest osada Helycha, składająca się z kilku domów i karczmy. Na mapie z 1887 roku domów jest już więcej i oprócz karczmy jest też leśniczówka.
W spisie powszechnym województwa lwowskiego z 1921 roku, w którym uwzględniono nawet najmniejsze przysiółki, próżno szukać Helichy. Wtedy już wioski nie było. Znikła jeszcze przed[paywall] wybuchem pierwszej wojny, rozebrana przez Austriaków, podobnie jak wiele innych leżących na przedpolu Twierdzy Przemyśl.
Po pierwszej wojnie wioska została odbudowana i ponownie zasiedlona. Na wojskowej mapie z 1936 roku zaznaczonych jest już kilkanaście domów i leśniczówka. Dziewięć lat później wioska znowu znikła. Tym razem na zawsze. Na powojennych mapach w tym miejscu zaznaczony jest tylko porośnięty lasem szczyt Helicha o wysokości 420 m n.p.m.
Po wojnie za zasługi w walce dziadek dostał dom i został leśniczym na Helisze. Na początku nie był za bardzo zadowolony i narzekał, że znowu będzie musiał w lesie na odludziu żyć, ale babcia chętnie się zgodziła, bo kochała zwierzęta. Mój tata miał na imię Józef, a mama Wanda i mieszkaliśmy w Przemyślu, na Małym Kruhelu. Tato często jeździł na Helichę i pomagał swojemu ojcu, na przykład, kiedy trzeba było zwieźć drzewo i odstawić do tartaku – opowiada.
– Pamiętam, że jako dziecko z tatą przyjeżdżałam do dziadków, to był tam przygotowany dla mnie kucyk, a babcia trzymała dużo zwierząt. Miała przygotowane butelki ze smoczkiem i karmiła źrebaka, cielątko albo małą sarenkę. Co roku w sierpniu do dziadków na Helichę przyjeżdżało na wczasy żydowskie małżeństwo, które miało aptekę na Zasaniu. Oni mieli córeczkę Lucię, trochę młodszą ode mnie, z którą czasem się bawiłam na podwórku. To były najszczęśliwsze chwile mojego dzieciństwa – wspomina.

Wanda i Józef Błyskoniowie z córkami. Od lewej: Zuzanna, Teresa, a na kolanach rodziców Stanisława.
– Potem wybuchła wojna. Zaczęło ze wszystkim być ciężko. Tato trochę handlował. Jeździł za jedzeniem aż do Dębicy. Kiedyś musiał wracać pieszo, bo Niemcy kontrolowali pociągi i wszystko zabierali. Ile razy wyjeżdżał, mama mówiła, żebym się modliła za niego, żeby wrócił szczęśliwie. Kiedy Niemcy zabrali się za Żydów, dziadek z tatą i parobkiem przerobili stodołę i wybudowali kryjówkę, w której miało ukryć się żydowskie małżeństwo, a ich córkę siostry benedyktynki wzięły do przedszkola na Sienkiewicza.
– Mój tato miał kontakt z siostrami, bo czasem dostarczał im mąkę albo mleko. Któregoś dnia siostra powiedziała tacie, że trzeba zabrać Lucię, bo spodziewają się niemieckiej kontroli. Postanowiono dziewczynkę wywieźć do dziadków na Helichę. Było to niebezpieczne, gdyż na rogatkach Niemcy wszystkich kontrolowali. Rodzice Luci podali córce środek nasenny i mój tato przyjechał bryczką, włożył uśpione dziecko do kobiałki, czymś przykrył, a na wierzch nasypał obroku. Postanowił jechać przez Pikulice, bo na Kruhelu były bardziej szczegółowe kontrole. Przy wyjeździe z miasta halt! Niemiec zaczął przeszukiwać bryczkę. Dźgał wszędzie bagnetem, sprawdzając, czy nie ma czegoś ukrytego.
– Tato potem opowiadał, że w tym momencie struchlał i zaczął się modlić do Matki Boskiej Kalwaryjskiej, której papierowy obrazek zawsze nosił w kieszeni. Udało się. Mała Lucia dotarła na Helichę. Tam już czekali na nią rodzice. Matka rzuciła się, dziękować mojemu ojcu i pytała, w jaki sposób może się odwdzięczyć, a on pokazał jej podniszczony obrazek z Matką Boską i powiedział: „To ona uratowała tobie dziecko”. Wtedy Żydówka przysięgła, że jeżeli uda się im przeżyć, to pójdzie do kościoła i ochrzci siebie i córkę.
– Kiedy ukrywali się u dziadków, ktoś z wioski doniósł o tym Niemcom. Przyjechali, postawili wszystkich dorosłych i dzieci pod ścianą, wycelowali karabiny i zaczęli przeszukiwać gospodarstwo, ale kryjówka była tak zamaskowana, że nikogo nie znaleźli. Wtedy za ukrywanie Żydów groziła śmierć na miejscu. Dziadek wiedział, kto na niego doniósł i zaczął unikać tego człowieka, a on już po wyzwoleniu znowu coś doniósł na dziadka, tym razem już do milicji. Później dowiedzieliśmy się, że po wyjeździe do Australii mama Luci zrobiła tak, jak obiecała, a tato żartował, że uratował dwie dusze – opowiada kobieta.
– Po wyzwoleniu wszystko zaczęło się układać. Dziadkowie, co niedzielę bryczką jeździli na mszę do franciszkanów i wracając, wstępowali do nas na Kruhel, na obiad. Później, jak zaczęły się napady i palenie wiosek, dziadkowie byli u nas. Którejś nocy obudziłam się, bo ojciec krzyczał do dziadka, że Helicha się pali. Dziadek twierdził, że to Pikulice, ale na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że to jednak Helichę spalili. Od tamtego czasu już nigdy tam nie byłam – kończy pani Stanisława.

fot.Jacek Szwic
Kapliczka, jedyny ślad po wiosce.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Należy uczcić ich pamięć. Jeśli dokumentacja się zachowała, i potwierdza że ta Rodzina, w tym miejscu bytowała należy uszanować to miejsce i nadać tablicę upamiętnienia.
Należy uczcić ich pamięć. Jeśli dokumentacja się zachowała, i potwierdza że ta Rodzina, w tym miejscu bytowała należy uszanować to miejsce i nadać tablicę upamiętnienia.