Kazimierz miał wszelkie podstawy, żeby nazywać się profesjonalnym traktorzystą. Miał uprawnienia, traktor z osprzętem, kilka maszyn i świadczył usługi z zakresu transportu i wszelakich prac polowych. Nie miał tylko zarejestrowanej działalności ani szyldu na płocie przed domem. Akurat taka reklama nie była mu potrzebna.
W wiosce wszyscy go znali i kiedy go potrzebowali, wiedzieli, gdzie trafić. Kazimierzowi taka robota bardzo odpowiadała, bo rodziny jeszcze nie miał na utrzymaniu i mieszkał z rodzicami. Jednak najważniejsze było to, że nie musiał zrywać się bladym świtem. Owszem, kiedy trzeba było, potrafił harować po piętnaście godzin bez przerwy, ale to zdarzało się rzadko. W polu, jak to w polu, godzina czy jeden dzień później nie robi różnicy. W lipcu pogoda wybitnie nie zachęcała do pracy, bo albo grzało niemiłosiernie, albo padało. Jednak żyć z czegoś trzeba i Kazimierz podjął się wykoszenia dwóch dużych łąk. Tym razem zabrał się do pracy bardzo wcześnie, kiedy jeszcze nie było upału. Podpiął kosiarkę do traktora i pojechał kosić. Po drodze zatrzymał się koło sklepu i przewidując, że będzie grzało, wypił piwo, a następnych pięć zapakował do kabiny. Kiedy dojechał na łąkę, słoneczko już było wysoko i po pół godzinie koszenia ociekał potem, a w kabinie było ponad pięćdziesiąt stopni. Piwo przezornie schował w cieniu pod krzakiem i co pół godziny skręcał i podjeżdżał w to miejsce. Ponieważ wybierał zawsze najkrótszą drogę i nie wyłączał kosiarki, na łące pojawiły się wykoszone esy floresy, a po kolejnych piwach wykoszone ślady coraz bardziej się plątały.
Zauważył to właściciel sąsiedniej łąki, którą Kazimierz też miał kosić i zapytał go, czemu tak jeździ, zamiast kosić jak przystało. Kazimierz odburknął, że tak mu się podoba i takie znaki widać nawet z kosmosu. Szybko się jednak zreflektował, że może stracić robotę i obiecał kosić drugą łąkę bez żadnych udziwnień. Żeby to zademonstrować, zawrócił i wjechał na sąsiednią łąkę. Właściciel biegł za traktorem, krzycząc coś i machając rękami, ale Kazimierz nie oglądał się, tylko kosił równo, jak leci. W tym rozpędzie wykosił sadzonki drzew w dwuletniej szkółce, o której właściciel nie zdążył mu powiedzieć. Nie ma się więc co dziwić, że – załamany szkodą – postanowił nie darować tego Kazimierzowi i powiadomił policję. Patrol zatrzymał Kazimierza już na drodze publicznej. Wydmuchał prawie półtora promila i teraz, nie mając uprawnień, Kazimierz już nie może mówić, że jest profesjonalistą.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze