KRYMINAŁEK
Lato w pełni. Słoneczko świeci, ale nie dla wszystkich. Tylko dla tych, którzy sobie zasłużyli. Marcin sobie nie zasłużył i od dawna nie widział słońca. Okna jego celi wychodzą na północ i są przysłonięte blindami, a dodatkowo za złe zachowanie odebrano mu prawo do spacerów. W życiu mu się układało, ale – jak to często bywa – znalazł się na zakręcie. Dosłownie i w przenośni. W pogoni za kasą wyjechał do Anglii i załapał się na kierowcę w niewielkiej firmie transportowej. Wszystko szło dobrze, aż któregoś dnia podkusiło go, żeby służbowym autem pojechać do kolegów z sąsiedniej miejscowości.
Kiedy wracał, na zakręcie stracił panowanie nad pojazdem i wydzwonił w barierkę ochronną. Jemu nic się nie stało, ale auto nie nadawało się do jazdy. Gdyby nie parę szklaneczek „łyskacza”, które wypił z kolegami, pewnie by jakoś sobie z tym poradził, ale wpadł w panikę i nic nikomu nie mówiąc, postanowił prysnąć do ojczyzny.
Po powrocie do swojej miejscowości kilka miesięcy żył w strachu i wtedy (jak sam potem przyznał) wpadł w złe towarzystwo. Skumplował się z niejakim Tadeuszem, niebieskim ptakiem, co to nie sieje, nie orze, a kasę zawsze ma. Jeździli razem tadkowym autem na długie wypady i wtedy Marcin poznał różne sposoby na dolce vita. Na przykład: późną nocą zatrzymywali się pół kilometra przed stacją paliw. Tadek wyjmował z bagażnika komplet blach z obcymi numerami i przyklejał na swoje tablice. Reszty można się domyślać. Kaptur na głowę, tankowanie pod korek i gaz do dechy. Kiedyś wracali nad ranem z jakiegoś wypadu i Tadek zauważył fajny rower oparty o siatkę. Zatrzymał samochód pięćdziesiąt metrów dalej, kazał Maćkowi złożyć tylne siedzenia, a sam poszedł po bicykl.
Dwa dni później pojechali kilkadziesiąt kilometrów dalej i rower od ręki sprzedali. Kiedy kasa zaczęła się kończyć, znowu ruszyli w rejs. Objeździli miejscowości w promieniu stu kilometrów i mieli niezłe rozpoznanie w terenie. Najpierw zatankowali swoim sposobem, następnie pojechali kilkadziesiąt kilometrów do małej wioski, w której wcześniej zauważyli przy sklepie punkt wymiany butli. Tadek rozciął klatkę z metalowej siatki, a Maciek ładował butle do auta. Wpadli, bo monitoring wprawdzie nie obejmował klatki z butlami, ale bardzo dokładnie zarejestrował tablice rejestracyjne, te prawdziwe. Natomiast fałszywe policjanci znaleźli w bagażniku. Sąd ocenił ich działalność i obu przywalił po dwa lata.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze