Tuż po święcie Jordanu prezentujemy drugą część rozmowy z ks. Pawłem Szadym, pracującym na co dzień w jarosławskiej cerkwi Przemienienia Pańskiego. Pytam w niej o specyfikę funkcjonowania w kościele mniejszościowym, o kondycję Cerkwi w Polsce oraz o szczegóły jego posługi w podległych mu parafiach.
Dużo mówiliśmy ostatnio o trudnościach, jakie greckokatoliccy muszą przezwyciężyć, by w pełni uczestniczyć w życiu religijnym cerkwi. Wynika to oczywiście z innego kalendarza świąt, ale i z tego, że jesteście religią mniejszościową. Czy z tego bycia mniejszością coś jeszcze wynika?
– Mniejszości są o tyle fajne, że każdy w jakimś sensie czuje się odpowiedzialny i za wspólnotę, i za cerkiew, i za paragrafię. To widać choćby po niedzielnej frekwencji ludzi w cerkwi. Powiedzmy, że jeśli zwykle w liturgii uczestniczy 50 osób, a w daną niedzielę nie ma 5 osób, to jest to już odczuwalne. Czy to będzie mniejszość religijna, tak jak u nas grekokatolicy, czy to będzie mniejszość narodowa, tak jak Ukraińcy w Warszawie, to jeśli ta mniejszość organizuje jakieś wydarzenie, spotyka się w cerkwi, bo są święta albo[paywall] np. małanka (czyli odpowiednik naszego sylwestra), a trzeba wiedzieć, że na Ukrainie zawsze ten nowy rok był 14. i do dzisiaj mniejszość ukraińska, która jest w Polsce, w okolicy 14. organizuje coś na wzór zabawy sylwestrowej, to ludzie żyjący w takich mniejszościach czują odpowiedzialność, żeby w czymś takim wziąć udział.
A czy to, że jest Was jednak stosunkowo mało, sprawia, że ta społeczność jest bardziej zwarta, zżyta? Nie każdy na przykład może świętować z rodziną, tak, jak by wskazywał na to charakter świąt, więc czy spotykają się na święta sąsiedzi, znajomi?
–Bez problemu sąsiedzi spotykają się, ale warto podkreślić, że nie jest też tak, że święta grekokatolickie świętują tylko grekokatolicy. Pierwszy wzgląd jest taki, że jest naprawdę wiele małżeństw mieszanych w Kościele greckokatolickim : jedna strona jest grekokatolikiem, a druga romokatolikiem. Bardzo często jest tak, że świętują wówczas podwójne święta, najpierw robią jedną wigilię, a potem drugą. Prawda jest taka, że żebyśmy przeżywali święta na wesoło, potrzebujemy innych ludzi, żeby były innym czasem niż ta nasza codzienność. Dziś żyjemy w takim czasie, że każdy goni za tym, za tamtym, a święta powinny być tym taki restartem, zatrzymaniem się w tym biegu.
No dobrze, a jaka jest kondycja Cerkwii greckokatolickiej w Polsce? Rozumiem to tak, że skoro społeczność jest stosunkowo niewielka, to jednak żyje na krawędzi rozpadu, sam ksiądz mówił o tym, że jeśli na nabożeństwie w niedzielę nie ma 5 osób, to jest to odczuwalne, wiec jeśli ktoś umrze, wyjedzie lub jego drogi rozejdą się z Cerkwią, to tworzy lukę, którą trudno jest wypełnić…
– Ja myślę, że ten kościół wręcz się rozwija. Można by było wyjść najpierw od takiej strony strukturalnej. Struktury to wprawdzie nie kościół, ale ich rozwój coś znaczy. W listopadzie minął rok, odkąd w naszym Kościele greckokatolickim w Polsce utworzono trzecią diecezję. Obecnie jest archidiecezja warszawska, utworzono diecezję z siedzibą w Olsztynie, która nosi nazwę olsztyńsko-gdańska i trzecia to diecezja wrocławsko-koszalińska. Jaki był cel utworzenia tej nowej diecezji? No właśnie wychodzenie do ludzi z potrzebami. Ostatnimi laty do Polski napływa sporo ludzi z Ukrainy, niektórzy szukają tu też swojego kościoła, tradycji, w której wyrastali. Dla naszego biskupa było to dość duże wyzwanie, żeby zajmować się tak dużym obszarem. Sama logistyka to już problem: przejechać z Gorlic do Olsztyna to jest cały dzień drogi, a wiadomo, że jak przychodzą święta, to biskup chciałby być w każdej części swojej diecezji. Mało tego, inne są potrzeby kościoła w naszym regionie, a inne potrzeby kościoła na Mazurach. Dla mnie to pierwsza rzecz, która pokazuje, że ten kościół się rozwija.
A druga…
– Nie wiem na pewno, jak to statycznie wyglądało w ubiegłych latach, ile tych ludzi było, a ile jest obecnie w cerkwi, ale na pewno jest tak, że w tych małych miejscowościach, po wioseczkach, te parafie są mniej liczne niż to było 20 lat temu, ale w miastach są bez porównania liczniejsze. Na pewno wynika to z tego, że ludzie żyją inaczej. Te 20 lat temu wsie były całkiem nieźle zaludnione, dzisiaj na wioskach jest masę domów, które można kupić. Nie nazwałbym może tego kryzysem, bo jeszcze wielu ludzi przecież zostało, tylko że jest problem z młodszym pokoleniem. Zostali ludzie starsi, młodsi osiedlają się w większych miastach i trzeba powiedzieć, że ci ludzie w cerkwi są, poza pojedynczymi przypadkami. Kościół greckokatolicki jest takim kościołem kameralnym w Polsce i my tu swoich wiernych znamy, więc jeśli uczyłem kogoś w Przemyślu kilka lat temu, a potem ten ktoś wyjechał na studia do Krakowa i tam mieszka, to jeśli ja jadę do Krakowa, to ja wiem, że to jest ta osoba i do cerkwi chodzi. Zresztą największe nasze parafie i skupiska młodych ludzi są w miastach uniwersyteckich, jak Kraków czy Lublin.
A ten rozwój Cerkwii nie wynika trochę bardziej z tego, że w Polsce przybywa osób narodowości ukraińskiej, niż z migracji z prowincji młodych grekokatolików?
– Jeśli patrzymy na Warszawę, pewnie z 10 lat temu zaczęto otwierać punkty, kiedy zaczął się napływ ludzi z Ukrainy. Tych punktów jest otwartych wiele i one są ukierunkowane na tych ludzi przybywających z niej. Wtedy nasi biskupi wyciągnęli do nich rękę i też troszkę księży przyjechało z Ukrainy, żeby mentalnościowo być bliżej nich. W naszym odczuciu większość osób, które przyjechały z Ukrainy, osiedliło się w Warszawie i okolicy, dlatego tam jest najwięcej punktów, które są na nich ukierunkowane. Jeśli mówimy o innych miastach, to wiadomo, że oni gdzieś tam będą, będą się osiedlać w Przemyślu, Jarosławiu itd. Natomiast wydaje mi się, że nie można tutaj mówić o tym, że są to parafie, które swój trzon opierają na tych ludziach z Ukrainy. Ciężko mi mówić za całą Polskę, natomiast wiem, że tam, gdzie mogę mówić na podstawie własnego doświadczenia, to młodzi ludzie w Cerkwii zostają, nawet jeśli opuszczają rodzinne strony. Oczywiście zdarzają się sytuacje, że w wyniku małżeństwa ktoś zmienia wyznanie, ale nie mówimy tu o dużej skali.
Kościół w Polsce znajduje się trochę na rozdrożu, postępuje laicyzacja, coraz częściej wybieramy model zachodni, w którym nie ma miejsca na religię, więc utrzymanie wiernych to jedno z wyzwań współczesnego Kościoła w Polsce. Czy Kościół greckokatolicki ma przed sobą tego typu problemy, wyzwania?
– Jednym z największych wyzwań cerkwi jest dotarcie do ludzi. Nie ma problemu w małej miejscowości, takiej jak Chotyniec, Gaje, Wietlin, gdzie ci ludzie wiedzą, gdzie jest cerkiew, wiedzą, kto jest grekokatolikiem. Oni czują się jakoś odpowiedzialni za wspólnotę, mają świadomość, że „jeśli nas nie będzie, to nie będzie nikogo w tej cerkwi” i oni przychodzą. Wiadomo, że na te 100 osób zdarzy się jedna czy druga, która do cerkwi przychodzi bardziej z przyzwyczajenia niż wiary, ale wydaje mi się, że to jest znikomy procent. Choć w czasach laicyzacji łatwo jest sobie wytłumaczyć, „po prostu nie idę koniec”, to jednak takie sytuacje zdarzają się rzadko. Natomiast wyzwaniem Kościoła jest dotarcie do ludzi, do tej migracji, która przyjeżdża z Ukrainy. Ja to widzę w Jarosławiu w niedzielę na liturgii. Tych ludzi jest 40 – 50 i około połowa to będą ludzie z Ukrainy, jestem przekonany, że w Jarosławiu i okolicach jest tych ludzi więcej, problemem jest jednak ten punkt, wktórym możemy się spotkać, miejsce, gdzie moglibyśmy, mówiąc trochę nieładnie, się zareklamować. Jeżeli ktoś już zacznie do cerkwi chodzić, to wiadomo, że w człowieku coś się zaczyna dziać, bo on szuka Boga, wiary, sakramentu i później idzie to do przodu, tylko potrzebny jest ten pierwszy impuls. I właśnie Cerkiew w Warszawie, czy w większych miastach stawia sobie mocno pytanie: co można zrobić jeszcze, oprócz ściągania księży, otwierania nowych punktów, ogłaszania się na Facebooku. Drugim problemem jest to, że są miejscowości, w których jako takiej wspólnoty grekokatolickiej nie ma, ale pojedyncze osoby są, więc ci ludzie, jeśli chcą uczestniczyć w liturgii, czy prowadzić aktywne życie religijne, muszą ponieść wysiłek. To ich na pewno kosztuje trochę więcej niż przeciętnego wierzącego, bo muszą np. dojechać do cerkwi 50 kilometrów.
A jak wygląda sytuacja z kapłanami? Jest ich dość? Macie powołania?
– U nas w diecezji w przemysko-warszawskiej, która sięga od Warszawy po góry, jest 35 księży. Kleryków w seminarium z naszej diecezji jest 5 – 7, a wszystkich będzie drugie tyle. Wydaje się, że proporcjonalnie to całkiem nieźle, do tego niewielu jest księży, którzy są w wieku przedemerytalnym, tak więc wydaje się, że perspektywa jest zapewniona, z tym że część tych kleryków, którzy są dziś w seminarium, pochodzi z Ukrainy i to jest też spowodowane tą migracją zarobkową. Tym księżom na pewno łatwiej będzie pracować w Warszawie, bo wychowali się na Ukrainie, ale wykształcili tutaj, więc łatwiej im będzie pójść do szkoły uczyć katechezy, łatwiej im będzie zrozumieć tych ludzi mentalnościowo niż np. komuś takiemu jak ja, kto w Polsce się wychował.
Trudno być kapłanem greckokatolickim w Jarosławiu?
– Obejmuję posługą parafię, można powiedzieć, macierzystą Jarosław i dwie parafie – Kobylnica Wołoska i Wietlin. W niedzielę to jest około 100 kilometrów, żeby pojechać do tych parafii i wrócić. Natomiast nie jest to nic nadzwyczajnego. Co do pracy w Jarosławiu mam tylko pozytywne odczucia, ludzie są bardzo serdeczni i w mieście, i w parafii. W okresie, odkąd tu jestem, nie spotkałem się jeszcze z czymś, z czego mógłbym być niezadowolony. Oczywiście są też jakieś uciążliwości. Na przykład mając trzy parafie, te kwestie biurokratyczne, które trzeba wykonać, wykonuje się potrójnie. Pod względem duszpasterskim parafie na pewno wymagają zaangażowania, ale jeśli ludzie są zaangażowani tak jak tutaj, to księdzu jest łatwiej, bo po prostu motywacja jest inna, bardziej się chce angażować. To w dużej mierze relacja dwustronna, jeśli ludzie chcą, to to idzie. Inaczej byłoby, gdybym odczuwał opór, Nieprzychylność.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze