„Jeśli nie lubisz rozmawiać i odbierać telefonu, to masz zadatki na rzecznika”. Dla jasności dodam: rzecznika prasowego. Od takiego oto stwierdzenia branżowy miesięcznik Press zaczyna kolejny już przygotowany przez siebie ranking antyrzeczników. Kandydatów do niego wytypowało kilkudziesięciu dziennikarzy, głównie ogólnopolskich mediów.
Wśród ocenianych, oprócz rzecznika prasowego rządu, znalazły się też inne osoby reprezentujące służby prasowe kilku ministerstw. A wiadomo, że takie osoby winny być ustami swoich szefów. Powiem więcej – nawet twarzami z ustami. Bo to, co powiedzą, to tak, jakby mówił ich szef właśnie. Okazuje się jednak, co zgodnie podkreślają wspomniani wcześniej żurnaliści, że rzecznicy notorycznie nie odbierają telefonów komórkowych, nie oddzwaniają, nie odpisują na e-maile i w ogóle dziennikarzy traktują jak zarazę. Próżno dociekać, czym w godzinach pracy zajmują się rzecznicy, którzy przecież winni być wynagradzani za dyspozycyjność i bieżące informowanie mediów.
Takie – krótko mówiąc – informowanie na zawołanie, gdyż w gruncie rzeczy informują obywateli, a dziennikarze są jedynie pośrednikami. Przykłady podobnej nonszalancji dałoby się znaleźć również w naszym regionie, jednak są to tylko niechlubne wyjątki. Tutejsi rzecznicy należą do zdecydowanie bardziej obowiązkowych.
Dlaczego o tym piszę?
Z bardzo prozaicznego powodu.
Nie mam bowiem najmniejszych wątpliwości, że stosunek rzeczników do dziennikarzy jest miarą ich podejścia do społeczeństwa, któremu należy się rzetelny przekaz.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze