Rozmowa z Krzysztofem Kolanym, głównym analitykiem portalu Bankier.pl, ekspertem od rynków finansowych i gospodarki.
Równocześnie gospodarki zostały pozamykane administracyjnie; przez wiele miesięcy różne branże nie mogły pracować albo pracowały na pół gwizdka, w rezultacie czego podaż dóbr spadła. A kiedy mamy większą ilość pieniędzy konkurujących o mniejszą ilość dóbr, to wartość pieniądza spada. Objawia się to wyższymi cenami. Szokiem jest wysokość tej inflacji: już prawie 7 proc., w sierpniu przekroczyliśmy barierę 5 proc., co zdarzyło się po raz pierwszy od 20 lat. Większość ekspertów nie spodziewała się takiej skali inflacji.
Dlaczego?
– Nie sądzono, że[paywall] po lockdownach tak szybko odrodzi się aktywność gospodarcza; że ludzie błyskawicznie zaczną wydawać pieniądze, które zostały wykreowane „z powietrza”. Świetnie było to widać w USA. Ludzie dostawali tam czeki, Rezerwa Federalna drukowała pieniądze bezpośrednio na realizację tych transferów fiskalnych, a oni natychmiast rzucali się kupować różne dobra: najpierw przemysłowe, później też usługi.
Pamiętajmy jednak, że inflacja w naszym kraju nie pojawiła się nagle. Gdy spojrzymy na indeks CPI – czyli wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych – to widać, że faktycznie wzrósł znacząco w ostatnich miesiącach, ale bardzo wysoką inflację mieliśmy jeszcze przed lockdownem. Do 5 proc. zbliżaliśmy się już w styczniu i lutym zeszłego roku. Bardzo szybki wzrost cen i usług następował w zasadzie od połowy 2019 r. Gdy globalne czynniki związane z pandemią dały o sobie znać – inflacja w Polsce została wzmocniona.
Nie mogłam uwierzyć, kiedy na stacji paliw zobaczyłam cenę 3,34 zł za litr LPG.
– Faktycznie, listę „inflacyjnych hitów” za wrzesień (października jeszcze nie podliczono) otwiera autogaz ze wzrostem cen o 37,7 proc. rok do roku. Dalej są: benzyna (28,3 proc.,), olej napędowy (26,7 proc.) i wywóz śmieci (19,7 proc.), który od 2 lat drożeje w tempie wręcz absurdalnym. Kolejno: mięso drobiowe, tłuszcze, warzywa, energia elektryczna, gaz – wzrosty wyniosły od wysokich kilku do kilkunastu procent rok do roku. Bardzo mocno zwiększyły się ceny w turystyce, podrożały woda, meble… praktycznie wszystko.
Coś staniało?
– Cóż, GUS-owska lista jest tu bardzo krótka, a spadki kosmetyczne: odnotowano je na książkach, herbacie, odzieży i obuwiu – chociaż dane dotyczące tej ostatniej kategorii są mocno dyskusyjne. Według GUS odzież i obuwie w Polsce od 20 lat nieustannie tanieją. To, oczywiście, efekt niedoskonałości w metodyce badań, a nie odbicie realiów.
Wiele osób uważa, że inflacja jest faktycznie wyższa niż ta podawana przez GUS.
– W pewnym sensie mają rację. Wystarczy, że wydają na przykład na paliwa więcej niż średnio się przyjmuje, wtedy dla nich inflacja jest faktycznie wyższa. Poza tym jest też coś, co nazywam inflacją odczuwalną: najbardziej bolesne jest, gdy rosną rachunki za żywność, paliwo, energię i inne rzeczy, które kupujemy często. Mniej uwagi zwracamy na wzrosty cen towarów, które kupujemy raz na kilka czy kilkanaście lat.
Inflacja urośnie do 10 proc.?
– Większość analityków, ekonomistów i inwestorów uważa, że szczyt obecnej fali inflacji nastąpi w pierwszym kwartale przyszłego roku i wyniesie około 7 – 8 procent, może trochę więcej. Ale pamiętajmy, że ci, którzy do tej pory uspokajali, że sytuacja jest przejściowa, nie mieli racji. Nikt też, łącznie ze mną, nie spodziewał się, że inflacja w tym roku zajdzie aż tak wysoko. Projekcje NBP sprzed roku mówiły o 2,5 proc.
Kiedy to się skończy?
– Wydaje się, że wzrosty powinny się zatrzymać w pierwszej połowie przyszłego roku. Ale pamiętajmy, że jeśli nawet, to inflacja i tak będzie wysoka przynajmniej przez cały przyszły rok. Poza tym to, że zacznie się obniżać, wcale nie oznacza, że ceny zaczną spadać. Będą wciąż rosnąć, tyle że wolniej niż do tej pory. Aby doszło do spadku cen, inflacja musiałaby być ujemna. Dla konsumentów to szok, bo przyzwyczaili się przez lata 2014-2017, że ceny są w miarę stabilne. To się, niestety, skończyło.
Rada Polityki Pieniężnej 3 listopada podniosła stopy procentowe.
– Te podwyżki są mocno spóźnione – przynajmniej o rok. I nie zatrzymają nagle inflacji. Mają sprawić, by w roku 2023 – 2024 znalazła się ona na poziomie ok. 3,5 proc. Poza tym gdyby nie ta nagła wolta RPP, która wcześniej wydawała uspokajające komunikaty, a nagle ogłosiła dwie podwyżki stóp procentowych – w październiku o 40, teraz o 75punktów bazowych – dziś pytałaby mnie pani, dlaczego euro jest po 5 zł. Doszłoby po prostu do kryzysu walutowego.
Ale kredyty podrożeją.
– Faktycznie ci, którzy są zadłużeni w oparciu o zmienną stopę procentową, zapłacą wyższe raty. Droższe będą także nowe kredyty. Ale z drugiej strony banki zaczną podnosić oprocentowanie depozytów. Krótko mówiąc: ten, kto ma oszczędności, wreszcie będzie mógł coś na nich zarobić. A raczej mniej stracić, bo realna stopa procentowa w Polsce wciąż jest mocno ujemna.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze