Wiadomo: małolatom najbardziej smakują produkty niezdrowe. Stąd kariera wszelkiej maści fast foodów, kolorowych napojów, chipsów oraz innych świństw. Jak podaje Instytut Żywności i Żywienia około 30 procent chłopców i ponad 25 procent dziewczynek w ostatnich klasach szkoły podstawowej ma nadwagę. Zbędne kilogramy prostą drogą prowadzą do schorzeń, na przykład cukrzycy czy chorób serca. Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie (dane za GW). Dlatego rząd zaproponował, aby od pierwszego września niezdrową żywność zastąpić jogurtami, kanapkami na razowym chlebie, sokami, źródlaną wodą. Brzmi pięknie i, daj Boże, oby z takim asortymentem szkolne sklepiki przeżyły przynajmniej jeden rok szkolny.
Poważne wątpliwości mają nie tylko ich właściciele, ale stowarzyszenia biznesowe, poddające w wątpliwość sens aż tak głębokiego ingerowania rządu w relacje klient – przedsiębiorca. Wszyscy mają swoje racje. Właściciele sklepików szkolnych jeżeli nawet będą przestrzegać zdrowego asortymentu, nikt nie zabroni dzieciakom zaopatrywać się w takowe gdzie indziej. Jednocześnie szkoła powinna uczyć zdrowego stylu życia. Dyrektorzy muszą więc mięć stosowne przepisy. Koło się zamyka. Do całej sytuacji tak naprawdę dopuściliśmy my – rodzice. Bo nawyki żywieniowe latorośle wynoszą z domu. Ale łatwiej winić za różne rzeczy wszystkich i wszystko, tylko nie siebie. Parę lat żyję na tym świecie i wiem jedno: nikt nas nie wyręczy w wychowaniu dzieci: ani żaden rząd, szkoła (nawet najlepsza), przepisy prawa (nawet drakońskie, o ile ktoś do takowych tęskni).Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze