Przedwyborcza karuzela kręci się coraz szybciej. Świadczy o tym choćby wysyp plakatów, banerów i ulotek, które zdobią nasze ulice niczym pryszcze na sempiternie. W owym pędzie ci, którzy już rozsmakowali się w parlamentarnym życiu i nadal chcieliby go je wieść, uciekają się do przeróżnych sztuczek.
Mają one zagwarantować niemal dożywotnią, sponsorowaną przez wyborców poselską lub senatorską pensję. Dla osiągnięcia celu raz na cztery lata opuszczają więc wygodne fotele w swoich gabinetach i wyruszają w teren. Jadą pociągami, autobusami i busami, stroniąc na czas kampanii od luksusowych limuzyn i samolotów. Po drodze zaczepiają pasażerów, bo bardzo chcą wiedzieć, co u nich słychać. Później w trakcie spotkań z potencjalnymi zwolennikami – za radą różnej maści politycznych „piarowców” – są skłonni do kolejnych poświęceń. O ile jeszcze kilka miesięcy temu niektórzy raczyli się wyszukanymi daniami serwowanymi w pewnej warszawskiej restauracji, teraz wcisną byle co. W blasku fleszy i przed kamerami nie wypada jeść kawioru. W oczach ludu lepiej wypada się przy bigosie lub kaszance, najlepiej podawanej przez panie z koła gospodyń wiejskich. A po wyborach wszystko zostanie po staremu. To znaczy – my zostaniemy z kaszanką, oni z kawiorem.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze