Od kilku lat jako dziennikarz lokalnego tygodnika „tłukę” się po regionie tworząc relacje z obchodów zabarwionych patriotyczną farbką uroczystości rocznic i świąt. Tu wspominają ofiary Holocaustu, tam lotników zestrzelonych na wrześniowym niebie, gdzie indziej pacyfikację wsi. Wszędzie przy tego typu okazjach hasłem przewodnim jest „pamięć”, która w domyśle ma być przestrogą, by nigdy więcej „człowiek nie zgotował drugiemu człowiekowi takiego losu”. Wszystko to jednak krew w piach.
Od kilku tygodni społeczność międzynarodowa żyje doniesieniami o planowanej inwazji Rosji na Ukrainę. I od tego czasu obok manifestów solidarności słyszę głosy, które temat w obrzydliwy sposób relatywizują.
Bo to „Polacy na Ukrainie żyją za głodowe emerytury”, bo to „na pomoc nas nie stać”, bo to „samych Ukraińców sytuacja mało obchodzi i bardziej zajmuje ich zarabianie pieniędzy na zachodzie”, bo to „Ukraina sama się o konflikt prosi”. O „eskapadach” wołyńskich nawet nie wspomnę.
Czytam takie dywagacje moich rodaków i zastanawiam się, czy to głos tego samego narodu, który najpierw przetrwał wiek z okładem porozbiorowego niebytu, potem 5 lat okupacji niemieckiej i kolejne 50 sowieckiej?
Czy to mówi ten sam naród, którego najlepsi synowie i córy gnili w czerwonych kazamatach albo groby znajdowali za kołem polarnym?
Czy to mówi ten sam naród, który swoimi bohaterami uczynił Wyklętych, a więc tych, co nie zgadzali się na żadną formę zniewolenia własnego kraju?
Oczywiście biorę poprawkę na to, że część wpisów pojawiających się w internecie to element wojny hybrydowej. Pewien jestem jednak, że nie wszystkie. W odrętwienie wprawia mnie więc to, że przerzucić się możemy tysiącem górnolotnych haseł o tym „że nigdy więcej”, a na koniec świat trącony z lekka palcem obłąkanego dyktatora toczy się ochoczo w kierunku piekła wojny, inkantując przy tym dawne rachunki krzywd.
Kłopot w tym, że owe rachunki mają też drugą stronę – czytając bowiem te surrealistyczne komentarze, myślę sobie, że podobne nastroje panować musiały w Europie po remilitaryzacji Nadrenii, aneksji Czechosłowacji, anszlusie Austrii.
I pewnie podobna mieszanka zobojętnienia, głupoty i tępej złości na wschodnich barbarzyńców drażniących innego tyrana, przychodziła do głów oświeconej Europy, gdy pierwsze strzały w kierunku Westerplatte oddawał pancernik „Schleswig-Holstein”…
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze