Każdego roku o tej porze obiecuję sobie, że nie będę komentował kolejnej nagrody Nike i jak co roku nie umiem dotrzymać danego sobie słowa. Jest w otoczce tej nagrody coś, co mnie niezwykle drażni: nie jestem pewny, czy chodzi o samozadowolenie i nadęcie organizatorów, czy o zupełnie pozaliteracki zgiełk medialny. Ale też co roku Nike jest okazją do przemyślenia swojego własnego stanowiska na temat najnowszej polskiej literatury.
A muszę przyznać, że w tym roku nagroda dla Olgi Tokarczuk niezwykle mnie ucieszyła. Po pierwsze bowiem Księgi Jakubowe to świetna powieść, choć słowo „świetna” jest chyba niewystarczające. Tokarczuk napisała dzieło, które tak bardzo różni się od współczesnej polskiej produkcji literackiej, jak Robert Lewandowski od napastnika z piątej ligi, jak Alfa Romeo od Poloneza, jak Rolling Stones od kapeli grającej Angie na weselu.Tokarczuk zaś cierpliwie zszywała swoją wielką opowieść, do której potrafiła wpasować i księdza Chmielowskiego i Elżbietę Drużbacką i żydowskich proroków. Zamiast upodobniać się do gwiazd współczesnej literatury, sięgnęła do niemodnych dziś wzorców wielkiej powieści realistycznej, a uczyniła to z lekkością i swobodą, jakiej mogliby jej pozazdrościć bardziej popularni koledzy.
Owi koledzy tym większe mają powody do zgrzytania zębami, że pani Olga bardzo wysoko ustawiła poprzeczkę i pokazała, że aby zabrać się za pisanie, nie wystarczy już przejechać się samochodem na Słowację po papierosy. Ponadto przy okazji mimochodem udowodniła, że kryzys literatury czy koniec powieści są frazesami, w jakie chcą wierzyć literaci, którym na ciężką pracę po prostu brak czasu i cierpliwości.
Czuję zatem ogromną satysfakcję z powodu tej (już drugiej) nagrody dla Tokarczuk. Także dlatego, że jest ona strasznie fajną, mądrą i pozbawioną pretensji osobą, o czym mieliśmy okazję się przekonać podczas legendarnego spotkania z nią w nieistniejącym klubie Muha.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze