W wiosce Michał uchodził trochę za dziwaka. Mieszkał samotnie w domku po rodzicach. Pomimo, że stuknęła mu sześćdziesiątka, uparł się, żeby dalej być rolnikiem i uprawiać półtora hektara ziemi w dwóch kawałkach. Radzili mu ludzie: zdaj grunt albo sprzedaj i spokojne żyj z rolniczej emerytury. Jednak Michał trwał przy swoim. Ponieważ dzisiaj nie ma rolnictwa bez mechanizacji, rozmyślał nad niewielkim ciągnikiem, którym mógłby dojeżdżać na swoje pola, choćby żeby ziemniaki zwieźć.
Na kupno nawet używanego nie mógł sobie pozwolić, więc postanowił samemu zbudować mały traktorek. U kogoś za grosze kupił „esa”, czyli motor ze starej strażackiej motopompy. Potem gdzieś wynykał koła i zaczął buszować po złomowiskach i szrotach. Zawsze coś znalazł, jak nie jakieś łożysko, to zębatkę albo kawałek rury. Trzeba przyznać, że Michał miał smykałkę do mechaniki i po roku ze stodoły zamienionej na warsztat wyjechał dwukołowym ciągnikiem z przyczepką. Konstrukcja może nie grzeszyła wyglądem, ale niejedno muzeum techniki chciałoby mieć coś takiego.
Pojechał Michał raz i drugi na pole i pojawił się problem. Żeby dojechać na swoje grunty, musiał przejechać sto metrów wąskiej, gruntowej drogi koło posesji sąsiada, potem pięćdziesiąt metrów asfaltem i dwa kilometry polnymi drogami. Sąsiad, którego okna wychodziły prawie na drogę, zaczął protestować. Twierdził, że hałas, jaki wywołuje wynalazek Michała, doprowadza jego starą matkę do nerwicy, niemowlę zrywa się ze snu i płacze, nawet kury przestają się nieść. Michał niewiele sobie z tego robił i jeździł dalej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
dobrze zrobił