Był taki czas, że symbolem najszerszej i najbardziej wszechstronnej wiedzy o świecie była encyklopedia. Jej kariera zaczęła się w czasach Oświecenia, kiedy nauka, rozum i społeczna użyteczność stały się wartościami bezdyskusyjnymi. I choć tak naprawdę pierwsza była angielska Cyclopedia Chambersa, to oczywiście najsłynniejsza i najważniejsza okazała się 35-tomowa Wielka Encyklopedia Francuska, powstająca przez kilkadziesiąt lat pod genialnym kierownictwem Denisa Diderota, a wśród jej autorów znaleźli się m.in.: Wolter, Rousseau, Helwecjusz czy Monteskiusz.
Zebranie w tym jednym projekcie takich osobowości samo w sobie było już wydarzeniem w dziejach świata, nie mówiąc już o samym dziele, które w efekcie powstało i zmieniło oblicze naszej rzeczywistości. Od tej pory podobne próby zebrania w jednej publikacji całości wiedzy ludzkiej stawały się coraz bardziej popularne, a encyklopedie zaczęły zdobić półki publicznych i prywatnych bibliotek.
U mnie w domu na honorowym miejscu stała 4-tomowa Encyklopedia Powszechna PWN, która wtedy wydawała mi się absolutnym szczytem wiedzy i mądrości. Pamiętam też, że korzystanie z tego kompendium wiązało się ze specjalnym rytuałem: najpierw konieczne było zezwolenie rodziców, potem trzeba było specjalnie do jej czytania umyć ręce, tom zdjąć można było z półki tylko oburącz, żeby ciężki wolumin się nie rozerwał w niepewnych dłoniach dziecka, a kładło się go równo na czystym stole i dopiero wtedy można było czytać. Dziś może się to wydawać jakimś archaicznym i niezrozumiałym obrzędem, jednak te domowe zwyczaje wynikały z przekonania o wielkiej wartości tej pozycji: zarówno materialnej (encyklopedie zawsze były drogie), jak i duchowej.
Dziś już nikt nie zapisuje się w kolejce do księgarni po takie encyklopedie, nikt ich nie dostaje w wymarzonym prezencie na urodziny, nikt z nich w ogóle nie korzysta, bo i po co, skoro cała wiedza jest w Wikipedii.
Jeszcze kilka lat temu Wikipedia budziła uśmiech politowania na twarzach znawców, dziś jest poważnym i wygodnym źródłem prawdziwych informacji. Jej drukowana wersja – jak to pokazał niedawno pewien artysta – wypełniłaby siedem i pół tysiąca tomów, a to i tak tylko w jednej wersji językowej. Fenomenem Wikipedii jest to, że tworzą ją użytkownicy, którzy chcą się podzielić wiedzą, a często są to specjaliści w swej dziedzinie. Poszczególne hasła są edytowane, weryfikowane i uzupełniane przez wiele lat, przez wielu autorów, toteż można powiedzieć, że rzeczywiście zawiera ona aktualną wiedzę ludzkości.
No i teraz okazuje się, że pół miliona polskich użytkowników Neostrady nie będzie mogło swobodnie edytować haseł Wikipedii. Jest to kara za rasistowskie, jawnie kłamliwe, pełne przemocy i agresji wpisy do haseł Wikipedii, jakie umieszczali przez ostatnie 5 lat użytkownicy Neostrady, której właściciel nie zrobił nic, by ukrócić te hejsterskie praktyki, mimo próśb wydawców Wikipedii. Niektórzy się teraz zastanawiają, czy taka odpowiedzialność zbiorowa jest słuszna, ale w gruncie rzeczy dobrze się stało. Może dzięki takim akcjom zaczniemy trochę bardziej szanować publiczną przestrzeń, nawet tę wirtualną.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze