Urodził się w Radymnie, ale kawał życia spędził w Przemyślu. Mając 20 lat, wstąpił do straży pożarnej. Studia skończył w Szkole Głównej Służby Pożarniczej w Warszawie. Po ich ukończeniu pełnił służbę w Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej Komendy Powiatowej PSP w Przeworsku oraz później – w Komendzie Miejskiej PSP w Przemyślu. Od lutego 2016 r. był komendantem miejskim tej jednostki. W maju tego samego roku został zastępcą podkarpackiego komendanta wojewódzkiego PSP. 2 lutego br. przyszedł czas na jego pożegnanie ze służbą. Przeszedł na emeryturę.
– Tak, jako dzieciak czytałem książkę „Jak Wojtek został strażakiem” i jak większość młodych chłopaków chciałem zostać strażakiem. Fascynowały mnie czerwone samochody i wyjące syreny. Codziennie, idąc do Szkoły Podstawowej w Zarzeczu w powiecie przeworskim, przechodziłem obok remizy strażackiej i za każdym razem na jej widok moja wyobraźnia rozgrzewała się do czerwoności.
– W ostatniej klasie szkoły średniej, w Technikum Elektrycznym w Przeworsku byłem pewien, że chcę w najbliższej przyszłości założyć mundur. Myślałem o różnych służbach, o wojsku, policji i straży pożarnej. W tamtych czasach do każdej z tych szkół oficerskich startowało średnio 10 osób na jedno miejsce. Ostatecznie zdecydował sentyment z dzieciństwa i złożyłem dokumenty do Szkoły Głównej Służby Pożarniczej w Warszawie. Wcześniej zdałem egzaminy i przeszedłem pozytywnie proces rekrutacyjny na dwóch uczelniach cywilnych, na kierunki wychowanie fizyczne oraz marketing i zarządzanie. Mając wiedzę o tym, że zostałem już przyjęty w poczet studentów na innych uczelniach, do egzaminów w SGSP podchodziłem ze spokojem[paywall].
– Początki w straży to przeszło dwumiesięczne zgrupowanie kandydackie na poligonie Szkoły Głównej Służby Pożarniczej w Puszczy Kampinoskiej w Zamczysku. Tam, w warunkach poligonowych, okraszonych musztrą, dużym wysiłkiem fizycznym i psychicznym oraz ogromem nowej wiedzy, następowała selekcja wstępna i kształtowanie charakteru przyszłych oficerów. Później była uroczysta przysięga i nauka do późnych godzin nocnych, połączona z pełnieniem służby w podziale bojowym oraz na kompanii. Cztery lata studiów zawodowych w systemie skoszarowanym oraz kolejne dwa w zaocznym skutkowały zdobyciem tytułu magistra inżyniera. Uczelniana przygoda zwieńczona została promocją oficerską i uroczystym nadaniem pierwszego stopnia oficerskiego młodszego kapitana w PSP.
– Pierwsze akcje strażackie to wyjazdy do zdarzeń w podziale bojowym jeszcze na szkole. Od ściągania kotka z drzewa, przez wypadki, pożary śmietników, mieszkań oraz wyjazd ze szkoły kompanii podchorążych do wielkiej powodzi w 1997 roku w okolice Wrocławia. Te pierwsze zderzenia z ludzkim nieszczęściem nas kształtowały i uświadamiały nam, młodym chłopakom, że musimy uzbroić się w wiedzę, być profesjonalistami i najlepszymi strażakami, bo ratujemy ludzkie zdrowie i życie. Szczerze, to nie liczyłem, w ilu akcjach uczestniczyłem, ale przez całą służbę były ich setki.
– Każdy wyjazd do zdarzenia jest dla strażaka ryzykiem i zagrożeniem zdrowia i życia, bo nigdy nie wiemy, z czym się spotkamy podczas akcji. Czasem, wydawać by się mogło proste akcje, jak pożary śmietnika, piwnicy czy mieszkania, przeradzają się w ogromne zagrożenia. Niekiedy pojawia się niespodziewany element, którego teoretycznie nie powinno tam być, jak butle z gazem, niewybuchy, kolekcje pocisków czy środki chemiczne. Z tych najtrudniejszych i najniebezpieczniejszych to ogromne pożary cystern z substancjami ropopochodnymi w Chałupkach Medyckich, pożar byłej lokomotywowni przy ulicy Mariackiej w Przemyślu, podczas której beczki i butle z gazem startowały niczym rakiety w górę, czy też pożar fermy drobiu pod Mielcem. Szczególnie ciężkie dla mnie były wypadki masowe z duża liczbą rannych i ofiar śmiertelnych, jak wypadki autokarów w Leszczawie, czy te ostatnie na autostradzie A4. Wielkim przeżyciem były też ludzkie tragedie podczas ostatnich powodzi w powiecie mieleckim, stalowowolskim, tarnobrzeskim w 2019 roku i powodzi błyskawicznej z 2020 roku w powiecie przemyskim, przeworskim, jasielskim, rzeszowskim i łańcuckim. Dla mnie, jako ratownika związanego z wodą, szczególnie znaczenie miały te ratownicze akcje wodno-nurkowe wydobywania i ratowania ludzi. Jak ta w Przemyślu czy Polańczyku, podczas których uratowaliśmy dwie osoby. Nie ukrywam, że do dziś mam przed oczami obraz samochodu, wydobytego z rzeki w Tryńczy, w którym odnaleźliśmy pięć ciał młodych osób. To w końcu kryzys migracyjny i niestandardowe działania straży pożarnej na granicy wschodniej, którymi dowodziłem. Przez te 28 lat służby było naprawdę wiele takich akcji, choć ta najbardziej medialna to ratowanie wędkarza na krze w Przemyślu.
– Dla mnie zawsze najtrudniejsze były widoki cierpiących dzieci oraz tych, które wydobywaliśmy spod wody, z pożarów czy z wraków samochodów, których nie udało się uratować. Pamiętam i widzę wyraźnie każdą taką akcję. Te obrazy i odczucia niesprawiedliwości oraz bólu były potęgowane przez reakcje i cierpienie rodziców obecnych niejednokrotnie na miejscu działań.
– Tak, strach zawsze towarzyszył mi podczas działań, czy to na wodzie, pod wodą, przy pożarach czy wypadkach. Gdybym jako strażak przestał się bać, byłby to sygnał, że trzeba zmienić zawód. Ważne, żeby ten strach był mobilizujący, a nie paraliżujący.
– Paleta działań strażaków jest bardzo szeroka, wręcz nieograniczona. Pokazała to ostatnio sytuacja związana z wojną i kryzysem migracyjnym czy pandemią Covid-19. Dla mnie być strażakiem znaczy być profesjonalistą, czyli wiedza w głowie, a ratownictwo w sercu, bo strażakiem zostaje się sercem i z serca.
– Moja przygoda z płetwonurkowaniem rozpoczęła się w straży w Przemyślu w 2001 roku, gdzie przeniosłem się z Przeworska. Jednym z powodów przenosin był fakt, że w Przemyślu była grupa wodno-nurkowa. Zanim zszedłem pierwszy raz pod wodę, musiałem trochę nachodzić się za chłopakami płetwonurkami, ponosić sprzęt, potrzymać linkę do asekuracji. Później, po wielu kursach i szkoleniach cywilnych i zawodowych, doszedłem do stopnia instruktora płetwonurkowania oraz zawodowego nurka i nurka kierującego pracami podwodnymi. Byłem wojewódzkim koordynatorem ratownictwa wodnego na Podkarpaciu, wspólnie z wieloma pasjonatami rozwijaliśmy tę specjalizację ratownictwa aż do teraz, stając się najlepszą i jedyną grupą w Polsce, mogącą działać w wodach brudnych i zanieczyszczonych chemicznie i biologicznie. Wielokrotnie na międzynarodowych mistrzostwach Polski strażaków płetwonurków stawaliśmy na najwyższych stopniach podium.
– Bez większych emocji. Zachowałem się, jak trzeba. Dzisiaj z perspektywy czasu oraz opinii lekarzy wiem, że to cud, że żyję. Cieszę się, że tak to się skończyło i wiem, że dzisiaj, w podobnej sytuacji, z pewnością nie zawahałbym się ratować drugiego człowieka.
– Na szczęście nie, za co jestem wdzięczny małżonce, choć wiem, że w jej głowie takie myśli często się pojawiały.
– Tak, to bardzo ważny aspekt naszej służby, choć niekonieczny. Wiele osób nam dziękuje i jest nam wdzięcznych za to, co robimy. To bardzo miłe, z pewnością podnosi morale, mobilizuje do jeszcze większego wysiłku i zapracowania na szacunek i zaufanie społeczeństwa do strażaków i ich służby.
– Skończył się tylko pewien etap w moim życiu. Mam wiele planów i zamierzeń, które chciałbym zrealizować. Chcę więcej czasu poświęcić dzieciom i rodzinie, ale nadal będę się udzielał społecznie i działał w środowisku strażackim. Na pewno podejmę się jeszcze niejednego wyzwania.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze