Reklama

Sara Kołcz w dwie noce i dwa dni obiegła masyw Mont Blanc [GALERIA,WIDEO]

– Nie można poddać się myślom: jestem słabą, drobną kobietą. Nie dam rady. No nie, zrobię to! – rozmowa z Sarą Kołcz, uczestniczką biegu UTMB, jednego z najbardziej prestiżowych i ekstremalnych ultramaratonów górskich w Europie. Dystans 170 kilometrów przez Alpy francuskie, włoskie i szwajcarskie pokonała w 45 godzin.

Rozmawialiśmy dwa lata temu. Pamięta Pani, w jakich okolicznościach?

– Oczywiście. Rozmawialiśmy w 2021, rok po urodzeniu córki. Przebiegłam wtedy swoją pierwszą w życiu setkę.

 

Czyli…

– Sto kilometrów w Ultramaratonie Podkarpackim. Byłam z siebie niesamowicie dumna, bo jednak taki dystans, rok po urodzeniu dziecka, to było coś. Czas pokazał, że to dopiero początek mojej przygody z bieganiem.

 

No właśnie. Po dwóch latach zdecydowała się Pani wziąć udział w arcytrudnym biegu górskim UTMB Mont Blanc.

– To był efekt kuli śnieżnej. Przebiegnięcie Ultramaratonu Podkarpackiego dało mi olbrzymiego kopa do działania. Moja miłość do biegania rosła w siłę. Pomyślałam, spróbujmy nowego wyzwania. Zamienię asfalt na góry. Pierwszy start w Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich. 70 km i wiedziałam już, że nie wracam na biegi uliczne. Apetyt rósł w miarę jedzenia i wtedy połakomiłam się na sto kilometrów w Biegach w Szczawnicy o nazwie Niepokorny Mnich. Oj, bardzo nauczył pokory, bardzo!

Reklama

 

Kiedy to było?

– Rok po naszej rozmowie, w 2022. Wtedy otarłam się o limit czasowy, który wynosił 18 godzin, a ja wbiegłam na metę 15 sekund przed zamknięciem trasy (śmiech). Zrozumiałam, jak dużo jeszcze pracy przede mną. Wzięłam się w garść i dwa miesiące później przebiegłam 80 kilometrów w Dolomitach, a we wrześniu 110 kilometrów w Szwajcarii. Tam było już ponad 6 tysięcy  przewyższeń.

 

Przewyższenia? Co to znaczy?

–  Przewyższenia pokazują sumę podbiegów w górę i zbiegów w dół. Znów nie do końca byłam na to gotowa. Znów przesunęłam swoją granicę. Wtedy najważniejsze dla mnie było zdobywanie doświadczenia. Można biegać długie dystanse, ale techniczność tras i długie podejścia diametralnie zmieniają charakter biegu. Wildstrubel 110 by UTMB zajął mi 25 godzin i potwornie zmęczył, ale poczułam, że Alpy to jest moje miejsce. Zakochałam się w nich na zabój. Zostawiłam tam swoje serce. Jest takie powiedzenie: kto cierpiał w górach, a zarazem był w nich szczęśliwy, zawsze będzie do nich wracał. W moim przypadku to się sprawdziło. Tak zrodził się szalony pomysł uczestnictwa w UTMB i obiegnięcia masywu Mont Blanc. Niemożliwe? Niemożliwe jest prostsze, niż myślisz.

Reklama

 

Jak do tego doszło?

– Przede wszystkim trzeba mieć odpowiednią liczbę punktów kwalifikacyjnych, doświadczenie w biegach z serii UTMB potwierdzające, że w tych górach się nie przepadnie, no i trzeba mieć też szczęście…

 

Szczęście?

– Tak, bo jak już się spełni wszystkie wymagania organizatorów biegu, to jeszcze trzeba być wylosowanym do grupy trzech tysięcy uczestników. Chętnych biegaczy jest zawsze znacznie więcej niż miejsc. W styczniu tego roku dostałam informację: „Congratulation! You are UTMB runner”. Nie mogłam w to uwierzyć. Popłakałam się. Dostałam wiatru w żagle. Ruszył codzienny intensywny trening. W tygodniu często późnymi wieczorami. Po pracy, po chwilach z rodziną. W sobotę i w niedzielę pobudka o trzeciej nad ranem. Bieganie do dziewiątej. Potem czas wyłącznie dla rodziny. Wieczorem – trening siłowy. Teraz, z perspektywy czasu, wiem, że było bardzo trudno, ale marzenie było na wyciągniecie ręki. I tak stanęłam na starcie UTMB Mont Blanc na odcinku 170 km, z 10 tys. metrówprzewyższenia do pokonania, na jednym z najtrudniejszych i najbardziej prestiżowych biegów w Europie. Szaleństwo. Stałam na starcie, nie mogłam powstrzymać łez. Szczęście mieszało się z przerażeniem. Przecież to dwie doby w Alpach.

Reklama

 

Najpiękniejszy monet biegu?

– Sam fakt uczestniczenia w UTMB. Każda chwila była dla mnie magiczna. Olbrzymie emocje w trakcie i na samej mecie. Bieg spełnił moje marzenie. Robiłam to, co kocham, w górach, które kocham. Bajka, którą sobie wyśniłam. Jestem bardzo dumna, że się nie poddałam na żadnym etapie przygotowań, chociaż często słyszałam: jesteś jeszcze za słaba, jeszcze za wcześnie na taki wysiłek. Przecież sobie nie poradzisz.

 

Najtrudniejsze chwile podczas biegu?

– Druga noc. Biegłam przez 45 godzin, dwie pełne noce. Start zaczyna się o 18.00. Jedna noc nie jest już dla mnie problemem, ale druga… Mogłam się spodziewać, że organizm powie „dość”.

Reklama

 

Bez przerwy, bez odpoczynku?

– Można odpocząć, ale trzeba pamiętać, że obowiązują limity czasowe mierzone na poszczególnych odcinkach kontrolnych biegu. Przekroczysz limit, zdejmują cię z trasy. Biegniesz szybciej, masz czas na sen. Jestem wytrzymała, ale nigdy nie byłam demonem prędkości, dlatego tego zapasu czasu nie miałam. Był taki trudny moment, gdy moja głowa odłączała się od reszty ciała. Właśnie drugiej doby, około północy, po około 35 godzinach biegu, nadal miałam siłę w nogach, siłę z mięśni, ale moja głowa mówiła: stop!   

Reklama

Biegłam i zasypiałam, co było bardzo niebezpieczne. Przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje wokół mnie. Jeden z biegaczy zaczepił mnie i zapytał, co jest? Odpowiedziałam: nic, ale jestem bardzo zmęczona. Zaproponował, że przez chwilę pobiegnie z prawej strony, bo tam zaczynała się przepaść. Wtedy zdecydowałam się na odpoczynek. Krótka drzemka przy skale pod kocem ratowniczym. Wiele razy przekonywałam się, jak wiele znaczy psychika. Pomimo skrajnego wyczerpania, wiedziałam, że za żadne skarby z biegu nie zrezygnuję. To było moje marzenie. Nie musiałam, a chciałam biec dalej.

 

Reklama

Przekroczyła Pani bariery własnego organizmu, ale czy tak ekstremalny wysiłek mu służy?

– To nie jest zdrowy bieg. Ani w kwestii jedzenia, ani w kwestii wysiłku, odwodnienia. Zdecydowanie, to nie jest zdrowe. Siłowo czułam się bardzo dobrze przez cały bieg. Brak snu był dla mnie największym problemem. Gdy przychodziły myśli typu: zatrzymaj się, podnosiłam głowę, patrzyłam na piękne góry i wszystko mi przechodziło. Można przekraczać swoje granice fizyczne, ale pod warunkiem, że robimy to, co płynie prosto z serca. Robimy coś, co wiele dla nas znaczy.

Reklama

 

W e-mailu napisała mi Pani, cytuję: „przestałam się bać, a niemożliwe stało się rzeczywistością”. Sky is the limit, granicą jest niebo. Zrealizowała Pani swoje największe marzenie. Co dalej?

– No właśnie. Gdy biegłam, gdy miałam bardzo trudne chwile, to obiecałam sobie jedno: nigdy nie będę się bała, będę szła za głosem serca. Inaczej – będę szła ze strachem pod ręką. Nie pozwolę, by obawa przed niepowodzeniem zatrzymała mnie przed realizacją marzeń i rozwojem. Alpy stały się mi bardzo bliskie. Następny krok? Chciałbym obiec Szwajcarię. Szalone? Pewnie tak. Ale życie mamy jedno. Niedoceniamy każdego dnia, który jest nam dany. Przeczytałam kiedyś „Wszyscy ludzie umierają, ale nie wszyscy żyją”. Piękne! Ile jest osób chorych, które oddałyby wszystko za każdy dzień przeżyty w 100 procentach. A często sami marnujemy swój czas. Ja go wykorzystam najlepiej, jak potrafię.

Reklama

 

W takim razie do zobaczenia po biegu w Szwajcarii. I dziękuję za rozmowę.

 

Artur Wilgucki   

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama
Reklama