O magii teatru, wyjątkowości zawodu nauczyciela, rozlicznych aktywnościach i prestiżowym wyróżnieniu, które daje poczucie, że to, co robisz, jest ważne i potrzebne, rozmawiamy z Tamarą Ryzner, od lat związaną zawodowo z I LO im. J. Słowackiego w Przemyślu, założycielką i koordynatorką szkolnego teatru anglojęzycznego, ambasadorką ogólnopolskiego programu English Teaching, laureatką Stypendium Twórczego Prezydenta Miasta Przemyśla, nominowaną w 20. edycji Nagrody „Za naprawianie świata” im. Ireny Sendlerowej, przyznawanej przez Centrum Edukacji Obywatelskiej.
Dołączyłaś do grona Sendlerowców, czyli wyjątkowej społeczności nauczycieli, wychowawców i pedagogów z całej Polski, którzy w codziennej pracy kierują się wartościami uosabianymi przez patronkę konkursu. Co oznacza dla Ciebie nominacja w tegorocznej edycji Nagrody „Za naprawianie świata” im. Ireny Sendlerowej?
– Irena Sendlerowa to szczególna postać, zatem i wyróżnienie jest szczególne. To nazwisko zobowiązuje. Sendlerowcy to pedagodzy, którzy nie tylko edukują, ale współpracują z młodzieżą w różnych obszarach, walcząc jednocześnie o brak dyskryminacji i starają się widzieć w uczniu zwykłą istotę, nie postrzegając go wyłącznie prze pryzmat nagród i osiągnięć. Dlatego tym bardziej jest mi miło, że ktoś dostrzegł w tym, co robię, te właśnie aspekty.
W jednej ze swoich wcześniejszych wypowiedzi podkreśliłaś kiedyś, że Twoją główną skarbnicą pomysłów są właśnie młodzi ludzie.
– Tak, jeśli widzę, że młodzi ludzie o czymś nie wiedzą albo są pod wpływem dezinformacji, która kształtuje w nich negatywne postawy, to dobrze jest tę młodzież naprowadzić albo dać jej dostęp do informacji bardziej wiarygodnych. I to staram się robić, dlatego rozmowy z młodzieżą są często dla mnie impulsem do działania. Każdy spektakl, który realizujemy, mówi o tym, co ważne. To oni wysuwają pomysły na scenariusze, jakie potem dla nich piszę, mówiąc mi o rzeczach, które mocno ich dotknęły. I chyba właśnie dlatego ta nasza wspólna praca przekłada się na sukces.
Czego Twoim zdaniem potrzebuje współczesna młodzież?
– Młody człowiek potrzebuje wiedzieć, że jest dla kogoś ważny i mieć poczucie, że z jego zdaniem ktoś się liczy. Potrzebuje też jasnego komunikatu, co jest dobre, a co złe. Chciałabym, żeby tym drogowskazem był dla niego drugi człowiek, którego spotka na swojej drodze.
Jako anglistka od wielu już lat z sukcesem promujesz teatr wśród młodzieży. Jak ci się to udaje?
– Na starcie zawsze pytam uczniów, jaką sztukę chcieliby zrobić. To oni wytyczają kierunek. W teatrze, który prowadzę, nie ma castingów. Nie sprawdzam, kto nadaje się lepiej, kto mniej. Według mnie nadają się wszyscy. Trafiają pod moje skrzydła młodzi ludzie, którzy mają swoje własne pomysły, ale też i swoje małe i większe problemy i nie zawsze poukładane życie. To uczniowie z różnych klas i środowisk. Moim celem jest, by zaczęli działać w symbiozie. Przy okazji działań teatralnych szlifujemy język angielski. Często celowo zostawiam im błędy w scenariuszu, by mogli je wychwycić i poprawić. Czują, że mają realny wpływ na jego kształt. Widzę, jak zmieniają się, pracując nad spektaklem. Moim celem jest m.in. nauka cierpliwości. Dziś młodzież chce mieć wszystko od razu. Tymczasem proces realizacji projektu teatralnego jest rozciągnięty w czasie, a na finalny efekt trzeba trochę poczekać. Ale przekonują się, że warto.
Jakie ideały starasz się wpajać młodym ludziom, z którymi na co dzień pracujesz i tworzysz sztukę?
– To przede wszystkim tolerancja, otwartość. W grupie teatralnej nie ma miejsca na hejt, jest za to pełna akceptacja. Staram się ich uczyć zrozumienia dla drugiego człowieka i chciałabym, żeby zostało im to na całe życie. Ostatnio na przykład robiliśmy monodram „Ja i T”, której bohaterem była osoba z Zespołem Tourette'a objawiającym się występowaniem niekontrolowanych tików ruchowych, bo w przestrzeni społecznej często brakuje zrozumienia dla tego problemu. Mamy na koncie także polskojęzyczne spektakle, których scenariusze powstawały w oparciu o dokumenty historyczne i niełatwe historie nieżyjących już dziś osób, które warto przekazać społecznościom lokalnym. To zmusza młodzież do sięgnięcia do źródeł. Chcę im też pokazać, że edukacja i kultura to obszary dostępne dla każdego. A miarą wiedzy nie musi być zawsze czerwony pasek na świadectwie.
W Twoich działaniach od dawna przewija się motyw holocaustu. Ukończyłaś m.in. Summer Holocaust Teacher Training Program.
– Tak, to program szkoleniowy dla nauczycieli i edukatorów, poświęcony metodom nauczania o Zagładzie, historii Żydów i przeciwdziałaniu antysemityzmowi. Znalazłam się w grupie trójki nauczycieli nominowanych do wyjazdu do Tirany w Albanii, na forum edukatorów z zakresie holocaustu z całego świata. To było bardzo cenne doświadczanie na mojej drodze zawodowej, które stało się impulsem do późniejszych moich działań. Jednym z nich był spektakl „The Last Cyclist”, który powstał we współpracy z amerykańską autorką scenariusza Naomi Patz. To ona dotarła do satyryczno-alegorycznej sztuki teatralnej napisanej w obozie koncentracyjnym Terezín przez czesko-żydowskiego artystę i stworzyła jej współczesną adaptację. Tak skłoniłam młodzież do poznania szczegółów tej historii i wielu wartościowych rozmów na temat Zagłady. Sięganie do takich tematów to także próba ocalenia pamięci.
Skąd u Ciebie pasja do teatru?
– Jest ze mną właściwie od dziecka. Magii teatru zasmakowałem za sprawą pani Krystyny Maresch-Knapek i teatru Fredreum. Zagrałam w nim jedną sztukę. Potem trafiłam pod skrzydła pani Elżbiety Bernatek i realizowałam się w ówczesnym Klubie Garnizonowym. Z kolei w szkole średniej zaczęłam chodzić na konkursy recytatorskie, ściągnęła mnie pani Barbara Płocica, która pokazała mi teatr już od innej strony. Kiedy wyjechałam do Stanów Zjednoczonych do pracy w charakterze au pair, jedna z osób, z którą miałam kontakt, zauważyła, że kocham teatr i opłaciła mi kursy w The Lee Strasberg Theatre & Film Institute w Nowym Jorku. Tam również miałam okazję pracować nad warsztatem. Właśnie będąc w Stanach, poznałam osoby, który pracowały dla rodzin żydowskich i wiele ludzkich tragicznych historii do mnie w ten sposób dotarło.
Są tacy, którzy mawiają, że zawód belfra to najpiękniejszy zawód świata. Zgodzisz się z tym?
– Nie powiem, że najpiękniejszy, ale na pewno najpotrzebniejszy. Najpotrzebniejsi są ci, którzy będą edukować dobrze i świadomie. Nauczyciel musi wiedzieć, po co uczy, jaki ma przed sobą cel. Nie ma nim być nagroda. Zyskiem nauczyciela jest to, co ci ludzie ze szkoły wyniosą, z czym pójdą w dorosłe życie.
Dziękuję za rozmowę i życzę Ci kolejnych udanych projektów i pomysłów.
Wyróżnienie przyznawane jest przez Fundację Centrum Edukacji Obywatelskiej. Honoruje nauczycieli, którzy traktują pracę w szkole jako przestrzeń do dialogu z młodymi osobami i miejsce przekazywania wartości, opartych na otwartości wobec innych i solidarności z potrzebującymi. Pierwsi laureaci zostali wybrani przez samą Irenę Sendler w 2006 roku (polska działaczka społeczna, która w czasie II wojny światowej uratowała setki żydowskich dzieci z warszawskiego getta, za swoją postawę w 1965 roku została odznaczona medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Jest też damą Orderu Orła Białego i Orderu Uśmiechu).

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze