Radni i burmistrz Jarosławia udowadniają sobie nawzajem, że są ważniejsi. Na razie z marnym skutkiem i ze sporymi stratami w wizerunku każdej strony. Na kondycji miasta też nie najlepiej się to odbija. Ujadanie na sesjach nie świadczy o wiedzy i kompetencjach. Wypowiedzi niosące sporo emocji i minimum treści pozycji głoszącego nie podnoszą, a wychodzenie z założenia, że ciemny lud wszystko kupi, może się okazać mylne.
Ostatnie przykłady pokazują, że jarosławscy samorządowcy dalej gonią króliczka, zamiast zabrać się za konkretną robotę. Ogłaszają chociażby konsultacje społeczne dotyczące zmian w oświacie. Chwała im za to, ale trudno powiedzieć po co. Zasadą konsultacji jest przedstawienie planów, a po zebraniu głosów mieszkańców przygotowanie gotowego projektu. W Jarosławiu projekt już jest, a ostatecznie zatwierdzony musi być do 31 marca. Do tego dnia trwają też konsultacje. Wynika z tego, że to, co zaproponują mieszkańcy, będzie sobie a muzom.
Burmistrz wymyśla żłobek w gimnazjum. Robi się zamęt. Mniej więcej w tym samym czasie powstaje pomysł utworzenia katolickiego liceum w tym samym miejscu. Władza jest w kropce i rozmyśla teraz, co lepsze.
W ciągu jednego tygodnia zwoływane są trzy nadzwyczajne sesje. Jedna staje się najkrótsza w historii, bo radni dochodzą do wniosku, że najpierw trzeba pogadać, a dopiero potem decydować. Druga potwierdza, że radni nie wiedzą, co zamyśla burmistrz i odwrotnie. Trzecia pokazuje, że są plany rozwoju Jarosławia, sięgające co najwyżej następnych tygodni.
Gdyby rządzący Jarosławiem wyszli z założenia, że zdrowiej rozmawiać przed, niż kłócić się w trakcie i zrozumieli, iż całkowita spontaniczność nie zawsze jest wskazana, zyskałby każdy. Oni też.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze