– dr inż. Piotr Tyszko-Chmielowiec, arborysta, przyrodnik, współzałożyciel Instytutu Drzewa z Wrocławia o jemiole, cięciu jodeł, leśnikach, ekologach i polityce.
W kwietniu miną dwa lata od rozpoczęcia pikiety w Makowej w Nadleśnictwie Bircza przez członków z Inicjatywy Dzikie Karpaty. Aktywistki i aktywiści domagają się powołania Turnickiego Parku Narodowego i zaprzestania wycinki drzew o rozmiarach pomnikowych.
W tym czasie doszło do co najmniej kilku konfliktów na styku Nadleśnictwo Bircza – ekolodzy. Musiała interweniować policja i Straż Leśna.
Jest Pan z wykształcenia leśnikiem. Po której stronie barykady Pan stoi?
– Staram się podchodzić do tej barykady bez uprzedzeń. Miałem okazję zbadać pod kątem stabilności niektóre przeznaczone do usunięcia stare jodły w tych lasach . Powiem tak: jestem po stronie przyrody, a częścią tej przyrody są ludzie. Możliwe jest takie rozwiązanie, które pozwoli w sposób rozsądny przyrodę zachować bez szkody dla ludzi. Jednocześnie muszę przyznać, że w tej konkretnej sprawie, czyli starodrzewu w Makowej i pobliskich terenach, bliższe jest mi stanowisko ekologów. Przykro mi stwierdzić, ale leśnicy w mojej ocenie zapędzili się w ślepą uliczkę.
Co to znaczy?[paywall]
– Z punktu widzenia gospodarki i pozyskiwania drewna wycinanie tych starych jodeł nie jest ekonomicznie uzasadnione, przynosi straty leśnikom i znaczne szkody przyrodzie. Per saldo nie opłaca się.
Nadleśnictwa muszą z czegoś żyć. Przyzna Pan: gospodarowanie drewnem, pozyskiwanie go dla polskiej gospodarki jest ustawowym prawem i obowiązkiem Lasów Państwowych.
– Tak, ale do gospodarowania na terenach górskich i podgórskich Lasy Państwowe dokładają. Owszem, niektóre pojedyncze stare drzewa uzyskują wysoką cenę, ale dotarcie do nich jest na tyle kosztowne, że ekonomicznie rzadko się to opłaca. O wiele łatwiej mają nadleśnictwa położone na terenach nizinnych, gdzie gospodarowanie lasem jest o wiele prostsze. Jest gotowa infrastruktura, są możliwości mechanizacji i tam powinna się koncentrować produkcja drewna.
Właśnie proponuje Pan likwidację około tysiąca miejsc pracy…
– W Parkach Narodowych ludzie też pracują. Nie ma zagrożenia utratą pracy. Nadal pozyskuje się drewno na rzecz miejscowej ludności i prowadzi się rozliczne prace leśne, w tym służące ochronie przyrody. Zatem zmienia się niewiele lub nic. Grzechem pierworodnym naszych rządzących było to, że zarobki pracowników Parków Narodowych są dużo niższe niż leśników. Jako leśnik doskonale rozumiem ich opór przed powstaniem Parku Narodowego. Dlaczego mieliby się godzić na niższe zarobki? Dopóki się tego systemowo nie rozwiąże, czyli rządzący nie zagwarantują pracownikom parków narodowych zarobków na poziomie pracowników nadleśnictw, będziemy mieć sytuację patową. Niechętne będą także samorządy lokalne, w których duże wpływy mają miejscowi leśnicy.
W grudniu ubiegłego roku i lutym tego roku Lasy Państwowe zorganizowały dwie sesje naukowe. Pierwszą, w grudniu, w Nadleśnictwie Bircza, drugą w lutym na Uniwersytecie Rzeszowskim. Obie poparte naukowymi badaniami i autorytetem naukowym prelegentów z takich uczelni, jak SGGW w Warszawie i Uniwersytet Rolniczy w Krakowie. Oceny nie pozostawiają złudzeń: wiekowe jodły na terenie Podkarpacia są w bardzo złym stanie (susza, zmiany klimatyczne, grzyby, jemioła). Zagrażają młodszym drzewom. W ocenie leśników nie ma dylematu: ciąć nie czy nie ciąć zainfekowanych drzew. Ciąć! Jakie jest Pana zdanie?
– Jemioła w całej Polsce zaczyna być coraz większym wyzwaniem dla leśników. My tego nie zatrzymamy. Nie jesteśmy w stanie wiosłować pod prąd zmian klimatycznych. Pewne gatunki roślin ustępują, inne rozszerzają swój zasięg. Jemioła do nich należy. W moim przekonaniu wartość starych drzew dla przyrody jest tak wysoka, że nie równoważą jej niepewne korzyści z tępienia jemioły. Ona i tak będzie rosła. Leśnicy niestety czasem podchodzą do lasu jak do pola uprawnego i chcą usuwać źródło zagrożenia. Ale stary las ma własną dynamikę. Prawdziwych lasów, czyli mało przekształconych, jest w Polsce bardzo mało. Trzeba je chronić.
Czyli ciąć czy nie?
– No cóż, w lasach o charakterze gospodarczym niech leśnicy kombinują, jak z tą jemioła walczyć. Choć nie będzie łatwo.
Leśnicy nie lubią ekologów. Ekolodzy nie lubią leśników. Dowodzą tego chociażby banery na ogrodzeniach domostw w Makowej i okolicach. Jedni i drudzy twierdzą, że z oddaniem służą polskim lasom. Do tego sporu chętnie podłączają się politycy. Mamy gotową receptę na polskie piekło. Czy w Pana ocenie jest możliwe porozumienie między leśnikami i ekologami bez ingerencji polityków i polityki?
- Zrównanie płac pracowników służb Parków Narodowych z zarobkami służb Lasów Państwowych wymaga decyzji na wysokim szczeblu. Tymczasem warto zdemistyfikować pojęcie Parku Narodowego – to nie musi być rezerwat ścisły, gdzie jest zabroniona wszelka aktywność. Park Narodowy, jak już wspomniałem, daje pracę i jest – jak pokazuje przykład Puszczy Białowieskiej – ogromną szansą dla branży turystycznej, a więc mieszkańców lokalnych gmin.
Znam wielu leśników, którzy w pojmowaniu przyrody nie są daleko od tych, potocznie nazywanych, aktywistek i aktywistów ekologicznych. Podobnie jak oni rozumieją potrzebę zachowania najcenniejszych fragmentów starego lasu, w jego naturalnym stanie. Co do polityki i polityków. Niestety na to wszystko nakłada się polityka. Lasy Państwowe zawsze były wrażliwe na wpływy polityczne. Od kilku lat to się pogłębia. Kiedy się zaczyna jakiś publiczny konflikt, to obie strony okopują się na swoich pozycjach, a Lasy Państwowe jasno dają do zrozumienia, kto tu rządzi. A czasem wystarczyłby drobny gest dobrej woli. Na przykład pozostawienie na pniu tych kilku najstarszych drzew w Makowej.
Dziękuje za rozmowę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze