Wojna w Ukrainie trwa już prawie 3 lata. W tym czasie przez Polskę przetoczyły się dosłownie miliony ludzi, a każdy z nich ze swoją historią. Mniej lub bardziej typową, mniej lub bardziej tragiczną. Wśród tych nietypowych na pewno należałoby wspomnieć o rosyjskich wolontariuszach, którzy przyjechali tu na początku wojny, by pomagać ukraińskim uchodźcom. Budzili tu zdziwienie i bardzo różne emocje, przede wszystkim chyba jednak brak zrozumienia dla ich położenia i motywacji. Jednym z nich był Iwan, z którym rozmawiałem około rok temu. Wtedy było to wszystko bardzo świeże i emocjonalne, ale i dziś sytuacja takich jak on niewiele się zmieniła. Część z nich, jak on, stara się o azyl w UE, ale inni są nadal w Przemyślu i nadal pomagają.
Rozmawiał Kamil Zarański
Skąd jesteś i jak znalazłeś się w Przemyślu?
– Urodziłem się niedaleko Uralu, ale później przeprowadziłem się do Sankt Petersburga, tam mieszkałem, uczyłem się i pracowałem. Do Przemyśla przyjechałem 21 kwietnia, 2 miesiące po rozpoczęciu wojny. Kiedy to wszystko się zaczęło, ja byłem jeszcze w Rosji.
Po wyjeździe z Rosji od razu trafiłeś do Przemyśla?
– Mam przyjaciół w Finlandii, którzy ze względu na swoją opozycyjną działalność musieli wyjechać i postarali się tam o polityczny azyl. Gdyby zostali w Rosji, wylądowaliby najpewniej w więzieniu. Kiedy zaczęła się wojna, myślałem o tym, żeby do nich dołączyć. Z drugiej strony w Petersburgu były wtedy organizowane antywojenne protesty, ludzie wychodzili na ulice, czułem, że jestem bardziej potrzebny tam na miejscu niż za granicą. Myślałem, że może uda się coś zmienić. Każdego dnia było nas więcej. Była w nas nadzieja. Ale już po dwóch, trzech dniach na protestach pojawiało się coraz więcej policji. Coraz bardziej brutalnie się z nami obchodziła, zaczęły się pierwsze aresztowania i wyroki więzienia. Niektórzy dostawali 2, niektórzy 3, a inni nawet 10 lat za „rozprzestrzenianie fakeów” – czyli po prostu informacji, że na Ukrainie jest wojna i co tam się dzieje.
Wcześnie rano razem z drzwiami do mieszkań aktywistów wchodziła policja, wielu moich przyjaciół zostało aresztowanych, jedni dostali ogromne grzywny, innym przedstawiono zarzuty. Zrozumiałem, że niedługo przyjdą po mnie i wyląduję w więzieniu, a wtedy nie przydam się już nikomu ani w Rosji, ani za granicą. Pomyślałem, że wyjadę i przyjadę tu, na granicę, żeby spojrzeć w oczy ukraińskim uchodźcom, pomóc choć na tyle, na ile mogę.
Miałem to szczęście, że posiadam wizę Schengen, bo wcześniej dużo podróżowałem. Nie wszyscy mają taką możliwość, żeby tu przyjechać. Wielu ludzi takich jak ja, wyjeżdża do Armenii, Gruzji, Turcji, bo tam nie potrzebują wiz. Ja miałem wizę, wsiadłem więc w pociąg Petersburg – Mińsk. Po przyjeździe do Mińska usunąłem z telefonu wszystkie wiadomości, kontakty, zdjęcia, wszystko, co mogłoby spowodować, że przy przeszukaniu mnie zatrzymają. Z Mińska wsiadłem w autobus do Brasławia, potem autostopem przejechałem na łotewską stronę. Białoruscy pogranicznicy o nic mnie nie pytali, nie sprawdzali mojego telefonu, ani nie przeszukiwali rzeczy. To dziwne, ale białoruskie służby niby są po tej samej stronie co rosyjskie, ale mają dość ambiwalentny stosunek do tego wszystkiego. Łotysze również o nic nie pytali. Z Łotwy pojechałem do Wilna. Tam na ulicach widać poparcie dla Ukrainy. Spotkałem się z przyjaciółmi, którzy uciekli z Białorusi po sfałszowanych wyborach w 2020 roku. Potem pojechałem do Warszawy, a stamtąd już prosto do Przemyśla. Tu poznałem się z innymi wolontariuszami z Rosji.
Ilu was jest i na jakiej zasadzie działacie?
– Działamy tu w ramach niezależnej organizacji, na bazie fundacji powstałej jeszcze przed wojną, składa się ona z rosyjskich emigrantów, którzy zbierają środki i przeznaczają je na pomoc uchodźcom. Dzięki tym środkom wynajęliśmy dom w jednej z podprzemyskich miejscowości, kupujemy lekarstwa, medykamenty i walizki podróżne dla uchodźców. W tej chwili w naszym domu jest 17 osób, oprócz tego jest jeszcze kilka osób, które śpią w namiotach przed domem. Codziennie pomagamy w Medyce, w centrum humanitarnym i na dworcu w Przemyślu. Na dworcu jest zdecydowanie najtrudniej. Są różne sytuacje, spotykamy osoby chore, niepełnosprawne. Pracy jest bardzo dużo.
Jak odnoszą się do was ukraińscy uchodźcy i inni wolontariusze?
– Powiem szczerze, na swoim przykładzie...
Przeczytałeś tylko fragment tekstu. Chcesz przeczytać całość i inne artykuły premium? Nieograniczony dostęp do pełnych tekstów od 19 groszy dziennie! Masz już wykupiony dostęp? Zaloguj się
Pozostało 53% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępTwoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze