Robert i Andrzej (obaj po dwadzieścia lat) byli cichymi wspólnikami. To znaczy w dwójkę prowadzili interes polegający głównie na przygranicznym handlu, a wiadomo, że tego typu działalnością lepiej się nie chwalić urzędom, więc była to cicha spółka. Na początku szło im nieźle. Oczywiście żadnej dokumentacji nie prowadzili, bo całą buchalterię mieli w głowie. Zawsze dbali, by mieć kilka tysięcy kapitału obrotowego, a zyskami uczciwie dzielili się na pół.
Niestety po pół roku interes zaczął kuleć i któregoś dnia, kiedy zabrakło kasy na nową partię towaru, Andrzej, chcąc ratować biznes, sprzedał auto. Jeszcze tego samego dnia Robert z czterema tysiącami w kieszeni pojechał na granicę. To było w środę. W sobotę Andrzej zaczął się już poważnie martwić o wspólnika. Telefon nie odpowiadał, więc poszedł do jego rodziców i usłyszał, że Robert wyjechał za granicę. Trochę się zdziwił, bo wspólnik niczego nie musiał załatwiać, miał tylko przekazać kasę i zaraz wracać. Jeszcze bardziej zdziwił się, kiedy rodzice wytłumaczyli, że syn pojechał na Zachód, a konkretnie gdzieś do Niemiec, bo miał tam obiecaną robotę. Andrzej, wracając do domu, przemyślał sytuację. Stracił auto, kasę, wspólnik okazał się być zwykłą świnią, a na dodatek przepadł dogadany już interes, który mógł przynieść niezły zysk. Przez tydzień chodził jak struty i obiecywał sobie, że jeżeli tylko Robert pokaże się w wiosce, to żeby miał mu pogruchotać kości, wydusi z niego zdefraudowane pieniądze. Okazja nadarzyła się dopiero pięć miesięcy później. Któregoś dnia Andrzej zobaczył na drodze obce auto, za kierownicą którego siedział Robert.
Nie wiele myśląc, pożyczył od ojca auto i ruszył w pościg za wspólnikiem, który jechał w kierunku miasta. Prawdopodobnie Robert zorientował się, że jest ścigany, bo przyspieszył i umknął pogoni. Andrzej pół godziny kluczył po ulicach, aż wreszcie zobaczył samochód wspólnika zaparkowany w bocznym zaułku. Zatrzymał się, wyskoczył z auta i dając upust złości, zaczął kopać w karoserię audi na niemieckich numerach. Dziesięć minut później na miejsce przyjechali policjanci, których ktoś wezwał. Chwilę po tym pojawił się Robert i tylko obecność mundurowych uratowała go przed zemstą wspólnika. W rezultacie Andrzej nie odzyskał kasy, a na dodatek czeka go sąd za zniszczenie mienia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze