Reklama

Cichy wspólnik

19/10/2017 07:31

Robert i Andrzej (obaj po dwadzieścia lat) byli cichymi wspólnikami. To znaczy w dwójkę prowadzili interes polegający głównie na przygranicznym handlu, a wiadomo, że tego typu działalnością lepiej się nie chwalić urzędom, więc była to cicha spółka. Na początku szło im nieźle. Oczywiście żadnej dokumentacji nie prowadzili, bo całą buchalterię mieli w głowie. Zawsze dbali, by mieć kilka tysięcy kapitału obrotowego, a zyskami uczciwie dzielili się na pół.

Niestety po pół roku interes zaczął kuleć i któregoś dnia, kiedy zabrakło kasy na nową partię towaru, Andrzej, chcąc ratować biznes, sprzedał auto. Jeszcze tego samego dnia Robert z czterema tysiącami w kieszeni pojechał na granicę. To było w środę. W sobotę Andrzej zaczął się już poważnie martwić o wspólnika. Telefon nie odpowiadał, więc poszedł do jego rodziców i usłyszał, że Robert wyjechał za granicę. Trochę się zdziwił, bo wspólnik niczego nie musiał załatwiać, miał tylko przekazać kasę i zaraz wracać. Jeszcze bardziej zdziwił się, kiedy rodzice wytłumaczyli, że syn pojechał na Zachód, a konkretnie gdzieś do Niemiec, bo miał tam obiecaną robotę. Andrzej, wracając do domu, przemyślał sytuację. Stracił auto, kasę, wspólnik okazał się być zwykłą świnią, a na dodatek przepadł dogadany już interes, który mógł przynieść niezły zysk. Przez tydzień chodził jak struty i obiecywał sobie, że jeżeli tylko Robert pokaże się w wiosce, to żeby miał mu pogruchotać kości, wydusi z niego zdefraudowane pieniądze. Okazja nadarzyła się dopiero pięć miesięcy później. Któregoś dnia Andrzej zobaczył na drodze obce auto, za kierownicą którego siedział Robert.

Nie wiele myśląc, pożyczył od ojca auto i ruszył w pościg za wspólnikiem, który jechał w kierunku miasta. Prawdopodobnie Robert zorientował się, że jest ścigany, bo przyspieszył i umknął pogoni. Andrzej pół godziny kluczył po ulicach, aż wreszcie zobaczył samochód wspólnika zaparkowany w bocznym zaułku. Zatrzymał się, wyskoczył z auta i dając upust złości, zaczął kopać w karoserię audi na niemieckich numerach. Dziesięć minut później na miejsce przyjechali policjanci, których ktoś wezwał. Chwilę po tym pojawił się Robert i tylko obecność mundurowych uratowała go przed zemstą wspólnika. W rezultacie Andrzej nie odzyskał kasy, a na dodatek czeka go sąd za zniszczenie mienia. jot podpis
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości