Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Chronionych niezależnie od pory roku tętni życiem. Kiedy jedne zwierzęta zwracane są naturze, pojawiają się inne. Część z nich nie musiałaby tu trafić, gdyby nie ludzka niewiedza.
Dotyczy to choćby saren. Zwierzęta te dołączają do podopiecznych ośrodka przede wszystkim wskutek błędów popełnianych przez człowieka. – Nie powinnyśmy dotykać małych sarenek w terenie, w przeciwnym razie matka odrzuci młode „skażone” ludzkim zapachem – przestrzega lek. wet. Jakub Kotowicz.
Zdarza się, że ludzie, widząc zwierzę leżące samotnie na łące, myślą, że jest porzucone. Nic bardziej mylnego[paywall]. Matka przychodzi do młodych kilka razy dziennie na krótkie momenty karmienia. Sama koczuje 50 metrów dalej, po to, aby chronić przychówek przed drapieżnikami. W razie gdyby te wyczuły jej zapach, bez asysty młodych ma szansę na ucieczkę. Jeśli ocaleje, wraca do potomstwa. W ośrodku jest obecnie 7 sarenek. Zostaną one ulokowane przed zimą w Bieszczadach. Trafią do zaprzyjaźnionych z lecznicą właścicieli dużych, ogrodzonych majątków ziemskich, którzy będą mieć na nie oko. Do czasu aż zwierzęta podrosną i na wiosnę, przeskoczywszy przez ogrodzenie, zaczną żyć samodzielnie.
Czy happy endem zakończy się historia małego wilczka, który trafił do ośrodka w połowie lipca? Trudno powiedzieć. – Jest odosobniony, nie niepokoimy go, kontakt ze zwierzęciem ograniczamy do niezbędnego minimum. To jest osesek, ważne, aby nie oswoił się z człowiekiem, jeśli mamy walczyć o możliwość przywrócenia go naturze. Wilki mają w zwyczaju do 2. roku życia towarzyszyć matce. Wataha uczy młodego osobnika przetrwania i przystosowuje go do radzenia sobie w stadzie, do pracy zespołowej. Ten mały wilczek został w jakiś sposób odłączony od watahy. Trafił do nas, kiedy zaczął podchodzić do rolników w okolicach Ustrzyk Dolnych, nie był bowiem w stanie sam zdobyć pożywienia. Interwencja była niezbędna. Dokarmiamy zwierzę, ale jak je socjalizować? Szukamy rozwiązania – wyjaśnia J. Kotowicz.
Pracownicy ośrodka nie martwią się natomiast o bociany, które – co ciekawe – wykluły się z jaj złożonych przez nieloty. Eksperyment powiódł się po raz kolejny.
– Ptaki te preferują bliskość siedzib ludzkich, ale gniazda lokują na ekspozycji, chroniąc się przed drapieżnikami. Wyszliśmy przed kilku laty z założenia, że skoro mamy wybieg ogrodzony elektrycznym pastuchem, co daje bocianom komfort, usypiemy kopce z ziemi pod gniazda dla tych, które nie są w stanie wzbić się w powietrze – objaśnia J. Kotowicz. Był to strzał w dziesiątkę. Ptaki piąty rok z rzędu zniosły jaja.
– Staramy się doglądać te lęgi. Interweniujemy wówczas, gdy widzimy, że kaleka para nie radzi sobie z wyżywieniem wszystkich młodych, osłanianiem ich przed upałem czy też przymrozkami w maju. Wtedy pisklaki umieszczamy w inkubatorze. Nigdy nie będzie 100-procentowej przeżywalności z takiego lęgu, ale procent, który uda nam się odchować, zasila populację bociana białego – stwierdza J. Kotowicz. Nie jest to bez znaczenia, bowiem liczebność gatunku spada wskutek industrializacji oraz zmian zachodzących w rolnictwie.
Niebawem (w ostatnim tygodniu sierpnia bądź na początku września) młode bociany skierują się na południe. W ośrodku, w nowo wybudowanej lotni, największej w Polsce, pozostaną bieliki.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze