Lek. med. Adam Warecki, specjalista w dziedzinie neurologii, pracujący obecnie w szpitalu w Jarosławiu, a mieszkający od lat w Przemyślu, to orędownik ochrony przyrody, który pracę zawodową łączy z niecodzienną pasją do badania i fotografowania motyli dziennych. O tych fascynujących owadach mógłby opowiadać godzinami. Podążając za nimi, przemierza ścieżki Pogórza Przemyskiego i innych zakątków kraju, ale też odwiedza odległe kraje. Właśnie wydał kolejną książkę poświęconą tym zjawiskowym stworzeniom.
Rozmawiając z nami, Adam Warecki jest świeżo po powrocie z podróży na Maderę, gdzie zawiodła go oczywiście ciekawość żyjących tam motyli. Swoją najnowszą publikację poświęcił jednak motylom dziennym Pogórza Przemyskiego, które zdążył przemierzyć wzdłuż i wszerz (wcześniejsza jego książka „Motyle dzienne Polski. Atlas bionomii” została wydana w 2010 r. i zawierała opisy i zdjęcia ponad 150 gatunków, a najnowsza „Motyle dzienne Pogórza Przemyskiego” to kompendium wiedzy na temat tej pięknej grupy owadów w skali regionalnej). Przemyśl i Pogórze Przemyskie to jego miejsce na ziemi, ale tak naprawdę to los zrządził, że trafił w te strony.
– Kiedy kończyłem medycynę na Wojskowej Akademii Medycznej, dostałem się do krakowskiej kliniki na staż, po którym – w wyniku przydziału – trafiłem do Przemyśla. Wiedziałem o nim niewiele, bo byłem tu wcześniej zaledwie raz. Pamiętam, że jechaliśmy wtedy do Rumunii na zawody sportowe. Jako młody człowiek uprawiałem zapasy i zostałem tam wysłany wraz z innymi zawodnikami z klubu sportowego w Gorlicach, gdzie przez lata mieszkałem wraz z rodzicami i rodzeństwem. Urodziłem się natomiast w Dzierżoniowie na Dolnym Śląsku. Przemyśl jednak z tego krótkiego pobytu zapamiętałem. Gdy ponownie przyjechałem tu w 1993 roku, wiele z tego mojego pierwszego krótkiego kontaktu z miastem odtworzyłem sobie w pamięci. W Przemyślu zyskałem możliwość szybkiego rozwoju i zrobienia specjalizacji. To miasto, w porównaniu z Łodzią, gdzie studiowałem, oferowało dużo spokojniejsze tempo życia. I choć to w Gorlicach pierwotnie wybudowałem dom, wraz z żoną Beatą postawiliśmy jednak na Przemyśl, w którym miałem zabawić początkowo tylko rok. Moi koledzy po rocznym pobycie wrócili do Krakowa czy na Śląsk, a ja osiadłem tu na stałe – opowiada A. Warecki.
Zawsze było mu bliżej do natury, przyrody niż do wielkomiejskich aglomeracji. – Wygrała dusza przyrodnika – śmieje się.

Obserwowanie i fotografowanie motyli to pasja wymagająca sporo czasu i zaangażowania. A to oznacza, że poświęcanie się jej wymaga akceptacji ze strony rodziny. – Kiedy poznawaliśmy się żoną, nie miała świadomości, że te motyle tak bardzo mnie pochłoną. Na studiach byłem zaangażowany w naukę i rozwój. Na obserwacje motyli nie było za bardzo czasu. Odłożyłem je na bok. A fascynują mnie w zasadzie od dziecka. W rodzinnych stronach, gdzie mieszkałem, mieliśmy ogródek, na którym buszowały gąsienice bielinka kapustnika. To była prawdziwa plaga. A że były lata 70., nie stosowano oprysków, więc walkę z tymi szkodnikami toczyło się poprzez zbieranie ich. Byłem tego wszystkiego wnikliwym obserwatorem. Na pokrzywach obserwowałem też brzydkie, czarne gąsienice rusałek. Ich przemiana była dla mnie fascynującym zjawiskiem. Patrzyłem, jak zmieniają miejsce bytowania i z pokrzyw przenoszą się na ściany domu. Wchodziły w szczeliny pomiędzy cegły, a potem zamieniały w kokony, z których wychodził piękny, kolorowy motyl. To było dla wręcz nieprawdopodobne odkrycie. Drugie zdarzenie, które zaważyło na mojej późniejszej fascynacji, związane było z naszym ogródkiem. Któregoś dnia jako kilkuletni chłopiec, wymachując kijem, trafiłem przypadkowo w motyla. Mama, widząc to, powiedziała mi, że ten motyl to cytrynek, który nie jest szkodnikiem. Potem zacząłem szukać innych gatunków. Ojciec był osobą, która zabierała mnie na wędrówki po okolicznych miejscowościach, gdzie mogłem prowadzić swoje obserwacje. Zauważył, że ten obszar bardzo mnie interesuje i tak to się zaczęło. Potem szukałem literatury poświęconej motylom, pierwszą książkę, czeskiego autora, dostałem właśnie od ojca. W Rumuni kupiłem sobie kolejną – wspomina A. Warecki.
Z czasem do obserwacji motyli doszła fotografia.
– Nigdy nie miałem siatki na motyle ani ich nie łapałem. „Poluję” na nie w ich naturalnym środowisku, używając do tego aparatu – mówi neurolog.
Pasjonat motyli najpierw swoje wyprawy z nimi związane ograniczał do różnych zakątków Polski, ale przyszedł czas, że wyruszył dalej. Dzięki nietypowemu zainteresowaniu zwiedził kawał świata (na samym Cyprze dla motyli był co najmniej 5 razy, w różnych okresach), przy okazji poznając[paywall] obyczaje i sposób życia lokalsów.
– Zawsze starałem się zachowywać balans między pasją a obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi. Nigdy nie oddawałem się temu mojemu hobby w stu procentach – podkreśla.
Wyjazdy te, realizowane o różnych porach roku, mają doprowadzić do celu, jaki postawił przed sobą miłośnik przyrody. Chce opracować atlas motyli Europy. I biorąc pod uwagę dotychczasową kilkunastoletnią już determinację, można założyć, że plany te mają szansę się zmaterializować. Jednym z miejsc na świecie, z którego entuzjasta motyli właśnie wrócił, jest Madera.
– Występują tam trzy gatunki endemiczne (występujące naturalnie tylko na ograniczonym obszarze – przyp.) i to właśnie one mnie tam zawiodły – opowiada A. Warecki.
Jego marzeniem byłoby ocalenie tych gatunków motyli, które giną bezpowrotnie. – Siedlisk rzadkich motyli mamy obecnie bardzo mało, a są takie, których gąsienice żyją wyłącznie na jednym gatunku drzewa – do takich zalicza się np. pokłonnik osinowiec. Jeśli nie jest to drzewo użytecznie ważne, jego los prędzej czy później jest przesądzony. A gdy takich drzew zabraknie, zabraknie także żyjącego na nich gatunku rzadkich motyli. Warto więc walczyć o bioróżnorodność, by istniało przyjazne środowisko dla różnych gatunków owadów, nie tylko motyli. Ta misja jest jednak trudna do zrealizowania. Niemniej jednak, kiedy zbieram materiały do swoich publikacji, zawsze mam z tyłu głowy to, że fajnie by było wykorzystać zebrane w nich informacje w ochronie przyrody, bo bez świata przyrody my, jako ludzie, jesteśmy po prostu ubożsi – mówi A. Warecki.

Kiedy pasjonat pracuje w terenie, czasem budzi ciekawość ludzi. Najczęściej wtedy, gdy jesienią lub zimą obserwuje krzewy i drzewa. A szuka na nich zimujących postaci motyli. Niejednokrotnie zdarzało się, że powody tych swoich zimowy spacerów i obserwacji musiał tłumaczyć strażnikom granicznym czy leśnikom.
Doktor A. Warecki uważa, że zainteresowanie motylami, jak każda inna pasja, pozwala mu ładować wewnętrzne akumulatory i spełniać się, a przy okazji jest także powodem, by zadbać o formę fizyczną (nierzadko do jego wędrówka dołączają żona czy znajomi). Stara się jednak zawsze trzymać ją w ryzach, bo – jak mawia – motyl nie może być ważniejszy niż człowiek.
Czy planuje moment, w którym powie sobie dość, jeśli chodzi o wyprawy za motylami?
– Pewnie tak, ale póki zdrowie i siły pozwalają, chciałbym dokończyć to, co zacząłem. W maju planuję podróż do Hiszpanii. Przymierzam się też do napisania publikacji poświęconej motylom dziennym Bieszczadów. A kiedy powiem „stop”? Kiedyś mówiłem, że przystopuję w wieku 60 lat, ale tę granicę już przekroczyłem (śmiech), więc może będzie nią 65 rok życia – podsumowuje A. Warecki.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze