Większość z nas gdy widzi sceny z filmu „CK Dezerterzy” Janusza Majewskiego, uśmiecha się serdecznie. Ten sam uśmiech gości na twarzach gdy patrzymy na figurę wojaka Szwejka, siedzącego w Rynku przemyskim. Poczciwa gęba, kufelek piwa i fajeczka. Wydawałoby się, sielskie, anielskie życie c.k. bohaterów.
Lecz nie tak to było drogi czytelniku. Służba austro-węgierskich żołnierzy, była codzienną gehenną. Niekiedy kończącą się desperackim czynem, niewolą lub śmiercią na polach bitewnych I wojny światowej. Niech więc to wspomnienie o nich będzie wyrazem szacunku dla ofiary życia jaką ponieśli. Niezależnie od narodowości i koloru munduru jaki nosili – nie ze swojej winy.
Delikwent trafiał w szpony armii gdy kończył 21 rok życia, był zdrowy i posiadał co najmniej 155 cm wzrostu. Regulowała to ustawa o powszechnym obowiązku wojskowym, wprowadzona w życie w 1868 r. Ciekawostką jest, że wielu rekrutów wyznania mojżeszowego, nie spełniało kryterium wzrostu z powodu „żenujących” warunków fizycznych. Do poboru stawano w okresie od 1 marca – do 30 kwietnia. Zaś do jednostek wcielano do 1 października. Nie przypadkiem okres szkolenia rekrutów tj. październik/listopad, obfitował zwiększoną statystyką dot. liczby samobójstw. Służba czynna w linii trwała 3 lub 2 lata w zależności od rodzaju wojsk (Herr, Landwehr,). Potem trafiano do rezerwy na 10 lub 11 lat. Szczęśliwców, którzy ukończyli 32 rok życia przenoszono do tzw. pospolitego ruszenia czyli Landsturmu. Jednak obowiązek służby w Landsturmie trwał do ukończenia 42 lat dla żołnierzy i 60 lat dla oficerów rezerwy.
W okresie wojny w/wym. ustawa ulegała zmianom. Na początku 1915 r. obniżono wiek poborowych do 18 lat. Zaś w styczniu 1916 r. podniesiono górną granicę wiekową do 50 lat, by ponownie ją przesunąć aż do 55 lat. Niestety tzw. „mięsa armatniego” zawsze brakowało.

Aż 75% poborowych pochodziło ze wsi. Idąc do armii „zderzali się” z językiem służbowym tj. niemieckim, węgierskim lub chorwackim. Dlatego polski, ruski, czeski, słowacki poborowy, miał problem ze zrozumieniem wydawanych komend. Młodych rekrutów nazywano „zielone ucho”. Bo swój dobytek dźwigali w zielonych, drewnianych kuferkach. One to, noszone na ramieniu farbowały ucho młodego żołnierza. Młody adept wpadał w ręce zawodowego podoficera, czasami sadysty, zwanego potocznie i pogardliwie „zupak”, bo służył za zupę. Zupak, często znęcał się nad rekrutami, ferując im nieustanne ćwiczenia. Sceny z filmu Majewskiego, dotyczące nauki hymnu, czy procesu sądowego, dobrze oddają skalę problemów w c.k. armii. Była ona bowiem swoistą wieżą Babel, skupiającą kilkanaście nacji.
W wojsku rekrut, otrzymywał dwa mundury, bieliznę, buty i skórzane oporządzenie. Żołd dla szeregowców była bardzo skromny. Około 16 halerzy dziennie (1 korona = 100 halerzy), czyli niecałe 60 koron rocznie. Tymczasem litr wódki kosztował 2 korony, litr nafty 32 halerze, a para butów 8-10 koron. Dla przykładu zarobki policjanta oscylowały w granicach 670 koron rocznie. Dlatego na starych pocztówkach o wojsku, możemy zobaczyć wierszyki typu: „Przed wypłatą kieszeń pusta, nie ma też co włożyć w usta, po wypłacie miło będzie, gdy przy piwie się zasiędzie”. Niestety, żołd był mizerny ale regularny.
Głównym, codziennym posiłkiem poborowych była zupa, tzw. eintopf czyli jednogarnkowe danie (ziemniaki, kapusta, kasza i wkładka mięsa), oraz 750 dkg. chleba i kawa. Z okazji świąt państwowych lub pułkowych, żołnierze mogli otrzymać dodatkowo piwo bądź rum. Trzeba uczciwie powiedzieć, że chłopi z biednych galicyjskich wiosek często głodowali na przednówku, a w wojsku mogli liczyć na codzienny posiłek.
Były poniżające i okrutne. Za dezercję, bunt lub niesubordynację w stosunku do przełożonego, czy zdradę stanu, karano śmiercią. Nadużywano aresztu ścisłego o chlebie i wodzie bez dostępu światła. Stosowano kary degradacji i hańbiące. Polegające na obniżeniu stopnia wojskowego czy usunięciu ze służby z utratą praw i tytułów. Częstą praktyką w jednostkach było przywiązywanie delikwenta do drzewa na 2 godziny. Za pomyłki przy odliczaniu w szeregu tj. użycie np. czeskiego słowa „zde” zamiast niemieckiego „hier” groził karcer. Na porządku dziennym było bicie po twarzy i kara chłosty na gołe ciało. Wykonywana „po cesarsku” tj. publicznie przed frontem kompanii.

Na efekty tych praktyk nie trzeba było długo czekać. Oto przykłady: szeregowy z 10 p.p. Michał Teleśnicki odebrał sobie życie z powodu skazania go na areszt odosobniony (tzw. Eincelareszt), o czym pisał „Przegląd Przemyski” z 27 stycznia 1912 r. Kolejną ofiarą armii był szeregowiec z 45 p.p. z warowni w Siedliskach. Popełnił samobójstwo wystrzałem z karabinu, o czym informował „Kuryer Przemyski” z dn. 10 stycznia 1895 r. Innym nieszczęśnikiem w roku 1898, okazał się infanterzysta Michał Chomen z 77 p.p., odbierając sobie życie z obawy pozostania czwarty rok w służbie. Powodem samobójstw były też często zdefraudowanie pieniędzy, długi honorowe, długi karciane, sprawy osobiste, znęcanie się przełożonych, tęsknota za domem, nieszczęśliwa miłość etc.
Niestety, X korpus przemyski, niechlubnie przodował w statykach samobójstw i okaleczeń, dokonywanych w 16 - stu korpusach armii austro-węgierskiej. Na drugim miejscu plasował się korpus w Pradze i kolejno w Bratysławie. Sprawę tych tragedii, poruszył w lutym 1902 r. poseł Ignacy Daszyński, który w mowie w Radzie Państwa, stwierdził, że w X korpusie w Przemyślu w jednym 1901 roku popełniono przeszło: 80 samobójstw żołnierskich, 12 oficerskich, okaleczeń 70, dezercji 400, wypadków obłąkania 40, ukarania ciężkim więzieniem lub ścisłym aresztem 725. Czyż nie jest to straszna statystyka?
Nie jest tajemnicą, że prawie cały, skromny żołd wojacy wydawali na seks, alkohol, tytoń. Niestety plagą miast garnizonowych jakim był Przemyśl była prostytucja. W 1904 r. naliczono w mieście 12 jawnych domów publicznych i 150 zarejestrowanych prostytutek. Wymusiło to utworzenie w szpitalu przemyskim oddziału syfilistycznego. Ponieważ choroby weneryczne stanowiły prawie 21% leczonych tam. Poza domami uciech, żołnierze spędzali czas w okolicznych karczmach. „Echo Przemyskie” nr 78 z dn. 28 września 1913 r. informowało o tzw. „Procesie Bolestraszyckim”. Wiosną 1913 r. chłopi z Bolestraszyc koło Przemyśla, napadli na żołnierzy zabawiających się w tamtejszej karczmie. Jednego wojaka zabili, a kilku dobrze poturbowali. Z 14 - stu sądzonych chłopów, pięciu uniewinniono. Zaś pozostałych skazano na kary od 1 roku i 4 m. do 2 m więzienia. Uniewinnionymi szczęśliwcami w procesie byli m.in. Józef Chodorowski i St. Buhen.
Inną formą rozrywki było świętowanie przez żołnierzy zakończenia połowy służby tzw. „pogrzeb”. Był to ważny moment dla mundurowych. Urządzano go w kantynie przy śledziach i piwie czyli „bei Russen und Abzugbier”. Wojacy praktykowali także odliczanie ostatnich 100 dni do wyjścia do cywila. Czyli tzw. Letzter Hunderter. Zwyczaj ten zachował się do dziś w wojsku.

Lektura dziennika z 1915 r. mieszkanki miasta, nauczycielki Józefy Prochazki oddaje grozę i dramat obrońców oblężonej twierdzy. W dniu 10 lutego, środa 1915 r. Józefa zanotowała – „Żołnierze - Węgrzy kupują koty, płacą 6 koron za sztukę. Biedni to bardzo ludzie. Wycieńczeni, wyniszczeni (…) Zgłodniali chodzą po domach i błagają o kawałek chleba”. Dzień 28 luty 1915 r. „ (…) tak ludzie jak i zwierzęta biedują strasznie. Konie żywią wiórami z drzewa, żołnierze z głodu tracą siły - puchną”. Zaś dnia 12 marca 1915 r. „ (…) Mróz szalony - toteż często widzieć można na ulicy zamarzniętych zupełnie żołnierzy siedzących z karabinem w ręce na furach, które wiozą ich do szpitali lub wprost do trupiarni (…).

Jednym z tych austro-węgierskich poborowych w ciemnoniebieskich mundurach był Józef Kozłowski - Polak z ziemi lwowskiej. W domu zostawił żonę Julię oraz kilkuletnie dzieci: Marię i Bolesława. Nigdy nie wrócił do domu. Był moim pradziadkiem
dr Beata Świętojańska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze