Krzysztof Wałczyk z Łowiec po raz kolejny udowodnił, że niemożliwe jest możliwe, zaliczając najniebezpieczniejszy bieg – Tromso Skyrace! Startują w nim czołowi biegacze z różnych zakątków świata.

fot.Jan Haręza
To jeden z najniebezpieczniejszych biegów, zalicza się do światowej czołówki.
– Najcięższy bieg, w jakim brałem udział i trudno będzie to pobić. Przed biegiem w Norwegii nikt nikogo nie prowadził za rękę. Mówili, że będzie ciężko i żeby uważać na swoje zdrowie i to się potwierdziło– wspomina Krzysztof Wałczyk, który w tym roku ukończył bieg na 84. miejscu (na 230 zawodników). Zapisy na listę startową trwają ok. 5 minut, po tym czasie jest zapełniona. W sumie jest miejsce dla 200 osób, w tym 30 miejsc startowych jest dla światowej czołówki – mówi Krzysztof[paywall].
Wspomniany bieg to jeden z najważniejszych i najbardziej prestiżowych w swojej kategorii, tj. skyrace extreme. Zmagania odbywają się w norweskim Tromso, które jest na kole podbiegunowym. Krzysztof, zapytany o relację z biegu, odpowiada, że początek oraz końcówka trasy nie są szczególnie ciężkie, nie licząc biegania po dużych kamieniach, ale mimo to nie poleciłby nikomu niedoświadczonemu udziału w tym przedsięwzięciu ze względu na niebezpieczne sytuacje, które napotkał po drodze, jak choćby upadek faworytki w przepaść.

fot.Jan Haręza
Krzysztof Wałczyk ukończył bieg z czasem 12 h 48 min i 12 sekund, plasując się na 84. pozycji na 96 zawodników, którzy dobiegli do mety.
W biegu najważniejsze są 2 szczyty – Tromsdalstinden (1238 m) i Hamperokken (1404 m). Najwięcej trudności sprawiła Krzysztofowi środkowa część dystansu. – Trasa zaczyna się od bardzo stromego zbiegu z Tromsdalstinden, po osypujących się kamieniach i śniegu. Dalej biegło się przez rzeki i strumienie, gdzie parokrotnie woda sięgała po kolana, albopo łydki. Łapiąc się drzew, pokonywałem kolejne odcinki. Najtrudniejszym etapem było wejście na szczyt Hamperokken. Przechodziło się po skalistej grani, momentami bardzo wąskiej, dochodziły do tego elementy wspinaczki, a wszystko to przy sporej ekspozycji, tj. przy przepaściach – relacjonuje Krzysztof, dodając, że nie było jakichkolwiek zabezpieczeń czy ułatwień, typu łańcuchy czy klamry, które spotyka się na trudniejszych szlakach w polskich Tatrach. Biegacz nie ukrywa, że momentami wyzwanie go przerastało. Nie sądził, że będzie aż tak niebezpiecznie. Były chwile, w których strach brał górę i dłuższą chwilę zastanawiał się, jak pokonać kolejną przeszkodę.
Po 35 km od miejsca startu znajdował się punkt kontrolny, należało zmieścić się w 8 godzinach. Krzysztof trasę pokonał w 7 godzin 59 min i 46 sekund. Był ostatnią osobą, która zmieściła się w ustanowionym limicie Na 230 osób, które wystartowały, tylko 97 podołało temu zadaniu. Krzysztof przypomina sobie moment, kiedy w drodze powrotnej na czworakach wchodził drugi raz na górę Tromso. Usłyszał wówczas, jak zawodnicy znajdujący się przed nim krzyczą „rock” – ostrzeżenie, że spada kamień. Kamień był wielkości pięści. Po chwili go uderzył, ale na szczęście nie w głowę, lecz w okolice klatki piersiowej. Ta przygoda świadczy o skali niebezpieczeństwa, jakie czyhało na każdym kroku na uczestników biegu. Krzysztof na metę dotarł z czasem 12 h 48 min i 12 sekund. Trasa liczyła około 55 km i 4800 m. Uplasował się na 84. pozycji na 96 zawodników, którzy dobiegli do mety. – To był to najtrudniejszy bieg, w jakim brałem udział. Kierowała mną chęć spróbowania się, sprawdzenia, czy dam radę – podsumowuje Krzysztof.
Po kilkudniowej przerwie na początku września br. biegacz z Łowiec wziął udział w kolejnym biegu, tym razem Ultra Janosiku w Tatrach na 100 km. Zajął 5. miejsce w ogólnej klasyfikacji.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Brawo!!!
a po co to komu?
Gratuluję i podziwiam.