– Jakieś 2 – 3 metry ode mnie wpadł pocisk i nie wybuchł. Wiedziałem, że Niemcy mają pociski z opóźnionym zapłonem, więc czekałem, aż wybuchnie. Ale nie wybuchł – opowiada major Jerzy Kostiuk, przemyślanin walczący pod Monte Cassino.
– Warto wspomnieć też o panu Gurbielu, który już nie żyje – mówi na początku spotkania Jerzy Kostiuk. – To mój bardzo dobry znajomy, mieszkał tu niedaleko. On pierwszy zawiesił proporzec 12 Pułku Ułanów Podolskich na klasztorze Monte Cassino – dodaje.W czasie wojny Jerzy Kostiuk i Kazimierz Gurbiel się nie znali. – On był w innej jednostce – mówi pan Jerzy. – Dopiero po wojnie, powróciwszy do kraju, zaczęliśmy opowiadać sobie rozmaite historie – dodaje.
J. Kostiuk urodził się w 1923 r. we Lwowie. Mimo że do setki już mu dużo nie brakuje, ciągle [paywall]zachowuje sprawny umysł, ma dobrą pamięć, mówi piękną polszczyzną i podkreśla, że nie ma wcale zamiaru umierać. – Opowiem skrótowo, bo na wszystko miejsca pan w artykule nie znajdzie – mówi.
We wrześniu 1939 r. Armia Czerwona wkroczyła do Lwowa. Ojciec pana Jerzego – zawodowy oficer – trafił do niewoli i zginął koło Charkowa w marcu 1940 r. Tragiczny los podzieliło też dwóch braci – jeden zginął w Puszczy Kampinoskiej w 1939 r., a drugi w łagrze rosyjskim. 16-letni Jerzy został sam z matką i jeszcze jednym bratem. 13 kwietnia 1940 r. zostali deportowani do Kazachstanu.
Razem z bratem wstąpili do Wojska Polskiego. – Generałowi Andersowi zawdzięczamy, że nas wywiózł za granicę. Stalin chciał, żebyśmy walczyli w Rosji, ale nie był w stanie nas wyżywić. Anders to wykorzystał i wycofał część dywizji do Iranu – opowiada.
– Jak wyjechaliśmy z Rosji, to były z nas szkielety. Nikt w to nie uwierzy, byliśmy wykończeni, byliśmy nędzarzami. Anglicy musieli nas przez pół roku żywić, żebyśmy doszli do jako takiej wartości. Do wyboru były dwie zupy i dwa drugie dania. A gdy odchodziliśmy, jeden Anglik wkładał nam do kieszeni pomarańczę, a drugi czekoladę. I tak przez pół roku. Mieliśmy wikt pierwszej kategorii, choć ogólnie bardzo dobrze odżywiali. Musieli z nas zrobić ludzi, wojsko – wspomina.
Dziś wzgórze Monte Cassino to piękne zielone lasy. Wtedy drzew prawie nie było – wszystkie zostały spalone lub połamane. Zostały za to wysokie, ostre skały. Wspinając się, żołnierze zdzierali sobie skórę z rąk i nóg. Ale najgorsze były rykoszety – pociski odbijające się od skał.
Dlaczego Monte Cassino jest ważne? – Myśmy się spotkali z zarzutami: po co to było? Niemcy wtedy byli potęgą militarną nie do pokonania. Myśmy pierwsi uderzyli w Niemców w Europie. Byliśmy oswobodzicielami nie tylko Polski i Włoch, ale całej Europy. Nikt wtedy z nimi nie walczył poza sowietami, którzy się rozpaczliwie bronili. Monte Cassino to był symbol – podkreśla stanowczo.
Koniec świata. Nie ma się gdzie schować, bo jeden pocisk bije obok drugiego. O godzinie 23 jasno jak w dzień. Huk tak przeraźliwy, że wojskowi tracili słuch. Niektórzy wpadali w panikę, dostawali spazmów. Rozpaczliwe wołanie. Dramatyczne meldunki.
Główną rolę odgrywała artyleria oraz miny. – Całe pola były zaminowane. Mnóstwo ludzi od nich ginęło – opowiada J. Kostiuk.
Niemcy mieli lepsze pozycje, alianci byli na patelni. – Musieliśmy się dopiero wdzierać. Chodziło o to, żeby wybić przejście w tych górach – wyjaśnia J. Kostiuk.
Majowa ofensywa na Monte Cassino była czwartą w 1944 r. Wszystkie wcześniejsze kończyły się klęską aliantów. Dopiero wojskom pod dowództwem gen. Władysława Andersa udało się osiągnąć nieosiągalne. – Zapanowała niesamowita radość – mówi J. Kostiuk.
– Dużo miałem szczęścia. W czasie walk o Monte Cassino nie byłem nawet lekko ranny. Jakieś 2 – 3 metry ode mnie wpadł pocisk i nie wybuchł. Wiedziałem, że Niemcy mają pociski z opóźnionym zapłonem, więc czekałem, aż wybuchnie. Ale nie wybuchł. Dlaczego? To była druga połowa wojny i w fabrykach pracowali więźniowie. Robili sabotaż, niektóre pociski miały uszkodzone zapalniki. Gdyby ten pocisk wybuchł, tego wywiadu by nie było – mówi.
Ranny został kilka miesięcy później po zdobyciu Ankony. Samochód, którym się poruszał, najechał na minę. J. Kostiuk – ciężko ranny – przeleżał w upalnym słońcu cały dzień i noc, mając tylko niepełną manierkę wody. – Ja już dogorywałem – wspomina.
– Za tę mękę nie mogliśmy wrócić do kraju – mówi pan Jerzy. Wielu z tych, którzy wrócili, trafiło do więzienia, niektórzy dostali wyroki śmierci. Cały czas panowała propaganda, że żołnierze Andersa uciekli ze Związku Radzieckiego. – A prawda była taka, że oficerowie radzieccy nam salutowali, gdy wypływaliśmy z portu w Krasnodarze. Polacy i Rosjanie się ściskali na pożegnanie, a oni potem aresztowali tych, których ściskali. Tam mysz się nie prześlizgnęła, tak pilnowali granic. To było niemożliwością, żeby armia uciekła – podkreśla J. Kostiuk.
Do Przemyśla pan Jerzy wrócił w 1949 r. Wcześniej mieszkał w Londynie. Zdecydował się tu przyjechać, bo tu, po powrocie z Syberii, zamieszkała jego matka. Rzeczywistość okazała się ciężka. Żołnierze Andersa nie mogli dostać pracy, nie mogli studiować. Pan Jerzy razem z bratem grywał na akordeonie po weselach i innych imprezach. – Stworzyliśmy zespół braci akordeonistów i nawet zaczęło nam się nieźle powodzić. Ale ile można. Chciałem się uczyć, jakiś zawód zdobyć – mówi.
Dzięki koledze dostał się na prywatną Akademię Handlu Zagranicznego w Krakowie, przekształconą później w Wyższą Szkołę Ekonomiczną. Później przyszedł nakaz pracy i pracował w różnych zakładach w Przemyślu. Od 30 lat jest na emeryturze. Swoje wspomnienia opisał w książce Czy tak być musiało.
W maju br. został awansowany do stopnia majora oraz odznaczony medalem Pro Bono Poloniae w uznaniu zasług położonych na polu krzewienia postaw patriotycznych.

fot.Paweł Bugira
Dziś wzgórze Monte Cassino to piękne zielone lasy. Wtedy drzew prawie nie było – wszystkie zostały spalone lub połamane. Zostały za to wysokie, ostre skały.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
a jak było z PZPR i UB ??