Katarzyna Bibow i Marzena Urban to pierwsze ratowniczki medyczne w Przemyślu, które pracują w zespołach wyjazdowych. Co więcej – pani Marzena jest jedyną kobietą na Podkarpaciu, która prowadzi karetkę. – Raz jak zahamowałam, to pacjentce przeszedł częstoskurcz – opowiada. Dla obu jest to spełnienie zawodowych marzeń.
Pierwsza w męskim świecie ratowników medycznych pod koniec maja ub.r. pojawiła się Katarzyna. Niespełna dwa miesiące później pracę zaczęła Marzena. Kasi pracę zaproponował dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Przemyślu Rafał Kijanka. Wcześniej pracowała w szpitalu wojewódzkim przy transporcie chorych i na SOR-ze. – Grzechem byłoby jej nie zatrudnić. Ma świetne kwalifikacje, skończyła studia i posiada doświadczenie zawodowe – tłumaczy R. Kijanka.
– Ta propozycja bardzo mnie zaskoczyła i ucieszyła. Dużo wtedy na mnie spadło, bo było to tuż przed obroną pracy magisterskiej. Prawdę mówiąc, zaraz po obronie miałam wyjechać do Gdańska, gdzie też miałam propozycję pracy – opowiada Katarzyna.
Droga Marzeny była nieco inna. W lipcu skończyła studia i zaczęła szukać pracy. – Zobaczyłam zdjęcie karetki z napisem: „Ku chwale Bożej i na ratunek ludziom”. Coś mnie tknęło, że mogę spróbować w Przemyślu[paywall]. Wcześniej o tym nie myślałam – wspomina.
Przyniosła swoje CV do stacji w Przemyślu. Liceum promedyczne w Miejscu Piastowym, wolontariat w Fundacji Dr Clown, 2-miesięczne praktyki w niemieckim systemie ratownictwa, I miejsce w V Mistrzostwach Ratownictwa o Puchar Rektora PWSZ w Sanoku, uprawnienia do kierowania karetką. Dyrektor nie miał wątpliwości, że warto ją zatrudnić.
M. Urban pochodzi z okolic Sanoka, studiowała w Rzeszowie. Żeby jeździć w karetce, przeprowadziła się do Przemyśla. Należy do bardzo małego grona osób, które ze względów zawodowych zamieniły stolicę województwa na nasze miasto. – Czego się nie robi dla wymarzonej pracy, zwłaszcza że kobiecie nie jest łatwo znaleźć zatrudnienie w tym zawodzie – mówi.
Obie panie wiele łączy. Już w gimnazjum wiedziały, co chcą robić. – Moim marzeniem zawsze była praca w zespołach wyjazdowych, ale nie sądziłam, że uda mi się to tutaj, bo w Przemyślu nigdy nie było kobiet – ratowników w karetkach – mówi K. Bibow. – Ale moje marzenia nie kończą się na pracy. Chcę być dobrym ratownikiem i pokazać, że kobiety dają radę – podkreśla.
– Często byłam w szpitalach jako pacjent i bardzo mi się podobał ten zawód. Nie wyobrażałam sobie siebie w innej pracy, nie umiałabym siedzieć 8 godzin za biurkiem – mówi Marzena.
Kasia przyznaje, że miała obawy, rozpoczynając pracę w karetce. – Nie tyle dotyczyły one tego, jak sobie poradzę, bo o to byłam spokojna. Bardziej się obawiałam, jak zostanę przyjęta. Niektórzy byli bardzo otwarci i wspierali mnie od początku. Inni się obawiali, czy podołam. Obecnie mam świetne kontakty z kolegami – opowiada Kasia.
Koledzy żartują, że Kasia ma szczęście do spektakularnych zdarzeń. Już pierwszego dnia pracy jechała do potrąconego przez samochód pieszego. Kilka dni później pierwszy raz reanimowała człowieka poza szpitalem. – W szpitalu już to robiłam, ale na SOR-ze miałam wiele osób do pomocy, są lekarze, pielęgniarki. W karetce nie ma tak dużego zaplecza, mimo że można liczyć na pomoc zespołu – mówi.
– Taki wielki plecak, a pani taka mała – często słyszy Marzena. Kasię za to często ludzie biorą za studenta. – Ludzie na ogół są zdziwieni, że kobieta jest ratownikiem, ale reakcje są sympatyczne – mówi.
Czasem jakiś pan zagaduje, że chciałby się umówić, rzadko (głównie ze strony podpitych mężczyzn) padają mniej kulturalne teksty. Wtedy szybko reagują koledzy, którzy stanowczo temperują gorące głowy. – Agresja to niestety codzienność, bez względu na to, czy ratownik jest mężczyzną, czy kobietą – mówią panie.
Za to na widok ratowniczek bardzo się cieszą kobiety, zwłaszcza rodzące. – Czują się pewniej. Kobiety mają większe wyczucie na sprawy, na które panowie nie zwracają uwagi – zauważa Marzena.
Nie ma pewnie osoby, która – słysząc o kobietach w ratownictwie – nie pomyślała: jak ona dźwiga pacjentów? – Nie dźwigamy – odpowiadają. – Mamy schodołazy, dzięki którym możemy bezpiecznie zwieźć pacjenta w pozycji siedzącej po schodach. A jeśli trzeba kogoś przetransportować w pozycji siedzącej, to zawsze znajduje się ktoś do pomocy, czasem wzywamy też straż miejską – opowiada K. Bibow. – Bardziej się nadźwigamy, nosząc torbę i sprzęt. Koledzy pomagają mi, co mnie irytuje, bo daję sobie radę i chcę być traktowana na równi – dodaje M. Urban.
Wspomniany schodołaz to krzesełko z gąsienicami, które od ratownika wymaga jedynie nadzoru i asekuracji pacjenta.
Marzena jest też kierowcą karetki. Prawdopodobnie jedyną w województwie kobietą na tym stanowisku. – Lubię prędkość, podobno jeżdżę szybko i niebezpiecznie, czyli tak, jak ma być. Raz jak zahamowałam, to pacjentce przeszedł częstoskurcz – opowiada.
Dyrektor pogotowia jest bardzo zadowolony z pracy ratowniczek, a grono kobiet, jeżdżących w karetce, prawdopodobnie jeszcze w tym roku się powiększy.
fot.archiwum prywatne
Dobry kierowca dba o samochód.

fot.archiwum prywatne
Marzena Urban wraz z zespołem Uniwersytetu Rzeszowskiego zdobyła I miejsce na V Mistrzostwach w Ratownictwie Medycznym.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Pani Marzeno proszę uważać na sprzęgło
Pierwsze iczki w przemyskim pogotowiu
Uniosą nosze z ciężko chorym pacjentem ??
Wow ale rewelacja nie możliwe !!!!!!!!!!!!!!U Nas co druga to babka i to usprawnieniem na uprzywilejowane.
Nie pewnie się z nim wywrócą hehe
Brawo
Pani Marzeno proszę uważać na sprzęgło
Pierwsze iczki w przemyskim pogotowiu