Każdego poniedziałku – od lat – ucinam sobie na dobry początek tygodnia pogawędkę z redaktorami: Józkiem Zagulakiem i Mariuszem Godosem. Ci znani w kraju i za granicą fachmani od sportu raczą mnie anegdotkami z minionego weekendu. Ile kto komu strzelił bramek? Kto kogo zwymyślał? I tak dalej i tak na okrągło – jak się napisało – od lat.
Niestety nasze rozmowy prędzej czy później schodzą na ocenę nie tylko minionej soboty i niedzieli, ale także sportu lokalnego w ogóle, przemyskiego w szczególności. Tym razem dolałem oliwy do ognia stwierdzeniem: tak źle w przemyskim sporcie jeszcze nie było.Do surowej (oczywiście subiektywnej) oceny sprowokowała mnie informacja kolegów o sukcesie przemyskiego Czuwaju, który „nie zgubił punktów w Grochowcach”, co w literackim języku oznacza: drużyna zremisowała. Nie mam nic do drużyny z Grochowiec, ale chwalić się remisem w klasie okręgowej (od niej tylko krok do piłki niedzielnej, której jestem zwolennikiem) to po prostu wstyd. Wstyd dla klubu o prawie stuletniej tradycji, z piękną kartą pracy z młodzieżą. Wstyd dla ludzi odpowiadających za kulturę fizyczną w mieście. Nie mam złudzeń. Sportu nie ma bez pieniędzy, a pieniędzy na sport jest bardzo mało. Męczy mnie jeszcze jedno pytanie: gdzie się podziali prawdziwi zapaleńcy, ceniący wyżej ideę rywalizacji niż kasę? Gdzie są dawni trenerzy, nauczyciele, nie bójmy się tego słowa: wychowawcy? Starsze pokolenie odchodzi. Następców – z nielicznymi wyjątkami – nie ma.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze