Zapewne starsi czytelnicy pamiętają stugębną plotkę o czarnej wołdze, która w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku jeździła po ulicach i porywała dzieci.
Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że wtedy osobówki marki Wołga GAZ-24 woziły tylko dygnitarzy albo jeździli nimi funkcjonariusze różnych służb. Ta historia o czarnej wołdze przypomniała mi się, kiedy usłyszałem o pewnym zdarzeniu, do którego doszło w lipcu. W sobotę państwo P. mieli gości. Żadne przyjęcie, ot pogawędki przy kawie.
O dwudziestej drugiej goście sobie poszli i wtedy małżonkowie zorientowali się, że nie ma ich trzynastoletniego syna. Posprawdzali wszystkie pomieszczenia i garaż, ale chłopaka nigdzie nie było. Kiedy zaniepokojeni kręcili się po podwórku, zaczepił ich sąsiad mieszkający za płotem i powiedział, że jego syn, również trzynastolatek, też zniknął.
Rodziciele ustalili, że ich synowie często razem się bawili w zagajniku po drugiej stronie drogi i postanowili przeszukać zagajnik, w którym rosło kilkadziesiąt brzózek i trochę krzaków. Pokręcili się trochę, ale chłopaków nie było. Kiedy wyszli na drogę, nadszedł dalszy sąsiad i zapytał, co się stało. Gdy usłyszał, że ojcowie szukają synów, powiedział, że pół godziny wcześniej widział czarnego busa, który chwilę stał obok zagajnika i w pewnym momencie odjechał z piskiem opon. Ojcowie pewnie nie słyszeli o czarnej wołdze, ale słyszeli o różnych porwaniach nieletnich i nie ma się co im dziwić, że zadzwonili na policję.
Dyżurny, usłyszawszy, o co chodzi, uznał, że wszelkie okoliczności przemawiają za tym, żeby ogłosić poszukiwania pierwszej kategorii, czyli poszukiwany jest małoletni i istnieje podejrzenie przestępstwa lub zagrożenia życia. Piętnaście minut później na miejsce przyjechało na sygnałach kilka radiowozów. Ojcowie opisali synów i opowiedzieli o okolicznościach, w których znikli, a sąsiad opowiedział o czarnym busie odjeżdżającym z piskiem opon. Dowódca powiadomił o tym dyżurnego i zadysponował przeszukanie zagajnika. Dziesięć minut później obaj chłopcy zostali znalezieni. Siedzieli skuleni w niewielkim zagłębieniu porośniętym krzakami. Jak przyznali, najpierw bali się wrócić do domów, żeby nikt nie wyczuł, że palili papierosy, a potem bali się, bo zobaczyli migające policyjne światła. Poszukiwania zostały zakończone i dyżurny odwołał patrole, który wysłał w teren, żeby sprawdziły czarnego busa.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze