W czasie ostatniego przesłuchania na policji Lejzor Blaksberg poprosił o przerwę, by spożyć kolację. W czasie jej trwania wywiadowca Wasilewski wdał się z nim w rozmowę. Ten zaczął mu tłumaczyć, że powinien się przyznać do popełnienia zbrodni, która i tak będzie mu w sądzie udowodniona zeznaniami świadków oraz dowodami rzeczowymi. Wówczas podejrzany zapytał go, czy przyznanie się do winy może go uratować od kary śmierci. Otrzymał odpowiedź, że będzie to niewątpliwie okoliczność łagodząca.
Było to 3 maja (środa) 1933 roku. Lejzor mieszkał u swojej siostry Mausowej przy ul. Wesołej (dziś Batorego). Około godziny 7 rano wstał z łóżka, spożył śniadanie i wyszedł z domu. Łódką przeprawił się na drugi brzeg Sanu, gdzie mieszkali jego rodzice. Korzystając z nieobecności ojca, który w sobotę chodził do synagogi, zamierzał prosić matkę, by mu wyjednała przebaczenie ojca, bowiem przed dwoma miesiącami ukradł mu 300 zł (dziś ponad ok. 4 tys.) i uciekł z domu.
Kiedy szedł do domu rodziców, natrafił pod parkanem na ziemi na łom żelazny (miejsce, gdzie wysypuje się śmieci z Zakładu Braci Albertów) oraz narzędzie złodziejskie w postaci wytrychów itp. Pręt schował do kieszeni. Po chwili spotkał się z kolegą Krajewskim. Było to obok domu innego znajomego, który też po chwili wyszedł z mieszkania i zaproponował nam grę w karty. Jednak Lejzor nie miał przy sobie pieniędzy, więc postanowił pożyczyć je od matki.
Kiedy przyszedł pod dom rodziców[paywall], rozmyślił się. Zrobiło mu się żal matki i nie chciał wyciągać od niej ostatniego grosza na karty. Poszedł więc ulicą Gołębią. Przechodząc koło domu ciotki, handlarki Chaji Pfeffer, postanowił za ostatnie posiadane jeszcze 20 groszy kupić sobie cztery papierosy. Wszedłszy do domu przez sień (sklep był z powodu choroby zamknięty), zastał otwarte drzwi do kuchni.
W kuchni na bambetlu (tobołki, starzyzna, klamoty) siedziała ciotka pogrążona w modlitwie. Na jego prośbę przyniosła mu cztery papierosy ze sklepu. Schował je do kieszeni. Miał już wyjść. Nagle przypomniał sobie kolegów z kartami, czekających nad brzegiem Sanu. Niespodziewanie zwrócił się do ciotki z prośbą o pożyczenie kilku złotych, bo był w tym dniu w sztosie i miał przeczucie, że dużo wygra. Obiecywał jej, że zwróci szybko jej dług.
Wówczas krewna zaczęła go wyzywać od bandytów, rzezimieszków i złodziei, że rodzicom wstyd robi, bo prowadzi się nieodpowiednio i nie ma żadnego zajęcia. Wtedy targnęła nim złość. Ręka, trzymana w kieszeni spodni, namacała właśnie znaleziony przed godziną żelazny łom. W nagłym odruchu uderzył ją żelazem w głowę. Z krzykiem upadła na ziemię, brocząc krwią. Co się dalej stało – tak zeznawał – nie pamiętał. Wiedział tylko, że po jakimś czasie ocknął się i ujrzał leżącą w kałuży krwi na podłodze nieżywą ciotkę.
Kiedy oprzytomniał z emocji, udał się do jej sklepiku, gdzie z szuflady wyciągnął pieniądze. Potem przeszukał pokoje. W sypialni, w komodzie, znalazł woreczek z bilonem, pugilares z drobną gotówką i kilka pierścionków. Schował to wszystko do kieszeni. Następnie wyszedł do sieni i zamknął bramę od wewnątrz na zakrętkę, obawiając się, by go ktoś nie zauważył.
Kiedy miał już się oddalić, usłyszał głos jakiejś kobiety, by Abramek (syn Pfefferowej) otworzył jej drzwi. Wtedy Lejzor wyszedł na podwórze, chcąc przeskoczyć parkan i uciec przez sąsiedni dziedziniec. W tej chwili ujrzał krew na swym ubraniu. Póki co wszedł z powrotem do mieszkania i założył kurtkę młodego Pfeffera. W międzyczasie pukanie ustało, wtedy otworzył bramę i wyszedł na ulicę Gołębią. Szybko udał się do domu rodzinnego. Tam przebrał się w stare ubranie, a skrwawione i kurtkę Pfeffera dał matce z prośbą, by je wyprała i ukryła. Następnie przeprawił się przez San.
Woreczek z pieniędzmi i pierścionki – tak naiwnie mówił sędziemu śledczemu – wrzucił do rzeki, bo go paliły, czuł do siebie wstręt za to, co zrobił. Następnie udał się do mieszkania siostry, gdzie znowu się przebrał, potem poszedł pieszo do Sośnicy (gm. Radymno), a stamtąd pojechał koleją do Jarosławia, gdzie został ujęty. Na tym morderca zakończył swą spowiedź. W kancelarii kierownika wydziału śledczego zapanowało głuche milczenie. Wyznanie było straszne.
Przed sądem doraźnym w Przemyślu Blaksberg przyznał się do winy i podtrzymał w całości swe zeznania złożone w śledztwie. W ostatnim słowie prosił sąd o darowanie mu życia. Po świetnych mowach prokuratora Haszczyca i obrońcy dra Grossfelda sąd uwzględnił prośbę mordercy. Skazał go na śmierć, ale w uwzględnieniu szeregu okoliczności łagodzących zamienił mu karę na dożywotnie więzienie.
W toku przewodu sądownego przewinął się przez salę sądową szereg świadków, którzy wystawili oskarżonemu jak najlepsze świadectwo. Znawcy lekarze orzekli wprawdzie pełną poczytalność oskarżonego, stwierdzili jednak, że jest psychopatą. Na dodatek tzw. karta karna oskarżonego okazała się niezapisana. Dlatego te wszystkie przesłanki skłoniły trybunał do złagodzenia kary. Blaksberg przyjął wyrok zupełnie spokojnie. Potem został on odtransportowany do jednego z zakładów karnych („Tajny Detektyw” 1933, nr 24).

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze