Spotkałem go po latach. Zmienił się nie do poznania. Pomarszczona twarz, przerzedzona mocno i posiwiała hera. Z dawnej muskulatury pozostały jedynie mocne przedramiona. Reszta, już mocno sfatygowana, ledwie trzymała fason. A przecież było tak pięknie. Pół wieku temu był jak król ulicy. Budził podziw i respekt. Na parafii, gdzie regularnie odbywały się bijatyki , wyróżniał się sylwetką i lekko zwichrowanym poczuciem humoru, ale przede wszystkim siłą.
A on od czasu do czasu wychodził na ulicę, prężył muskuły i doglądał troskliwym okiem, czy wszystko gra. Krążyły legendy, że w domu ma kolekcję sztang i hantli, które bez przerwy dźwiga i podnosi. Popularna wtedy pozycja ABC młodego siłacza i zamieszczane tam zdjęcia atletów pasowały jak ulał do jego konstrukcji fizycznej. Wszystko się zgadzało. Nauczył nas paru chwytów, kilku sprośnych piosenek, demonstrował, jak zapalić papierosa i takie tam. Kiedy spotkałem go po latach, był jak złamane drzewo, które wcześniej potargał niejeden wicher. Opowiadał o swoich kłopotach zdrowotnych i rodzinnych. Radził się. Poczułem się nieswojo. Jakby ktoś odebrał mi kawałek dzieciństwa. Nagle spojrzał na mnie przenikliwie. Wtedy zrozumiałem, że jedno się tu nie zmieniło. W tych oczach dalej można było odczytać dumę. Mamut węgierski nie poddał się. Kiedy wychodził, odprowadziłem go wzrokiem. Pochylony, stary, ale nadal jakby ten sam. Odnalazłem w sobie spokój. Szanujmy wspomnienia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze