Reklama

Nie wierzę w „za wysoko”, zawsze warto walczyć o marzenia. Rozmowa z aktorem Konradem Żygadło [ZDJĘCIA]


Urodził się w Przeworsku, wychowywał w Białobokach w powiecie przeworskim, a dziś w stolicy i poza nią z powodzeniem realizuje marzenia o aktorstwie. Mogliśmy go oglądać na planie serialu „1670”, „Erynie”, „Papiery na szczęście” czy „Komisarz Alex”, ale ma też na koncie udział w spektaklach teatralnych i filmach fabularnych. Z aktorem Konradem Żygadło rozmawiamy o patencie na spełnianie marzeń, odważnej decyzji o małżeństwie i wymarzonej roli, która wciąż jeszcze przed nim.


Urodził się Pan w Przeworsku, a wychowywał w Białobokach. Stąd wyruszył Pan w wielki świat... Dla chłopaka z małego miasteczka taka zmiana była dużym wyzwaniem?

– Zaraz po szkole średniej wyjechałem do Krakowa, gdzie studiowałem przez 3 lata teatrologię na wydziale polonistyki UJ. Do szkoły teatralnej dostałem się dopiero po uzyskaniu licencjatu, za czwartym razem, bo po raz pierwszy spróbowałem już po maturze. Z każdym podejściem do egzaminu byłem coraz bliżej celu, ale czegoś brakowało do szczęścia. W końcu się udało. Padło na Warszawę, choć nie była ona do końca moim wyborem. Z czasem adoptowałem się do nowego otoczenia, a dziś czuję się w dużym mieście zupełnie swobodnie, choć bardzo lubię wracać na Podkarpacie, gdzie najlepiej odpoczywam.

Reklama

Aktorstwo bywa pewnie wspaniałe, ale częściej to ciężki kawałek chleba. Wykonuje Pan zawód, który nie daje raczej poczucia stabilizacji. W tej branży niektórzy na swoje 5 minut potrafią czekać wiele lat. Jak było z Panem?

– Mam to szczęście, że zagrałem w kilku rozpoznawalnych produkcjach, aczkolwiek moim udziałem, jak i udziałem większości moich rówieśników z branży jest codzienna żmudna praca, często polegająca na szukaniu pracy. Aktualnie nie jestem aktorem etatowym. Byłem związany z Teatrem Ochoty dzięki wygranemu konkursowi dla młodych aktorów. Zrobiliśmy tam wraz z zespołem cztery przedstawienia, które gramy w dalszym ciągu. Jednak nie była to praca etatowa ani coś, co będzie miało swoją kontynuację. Raczej świetna okazja do rozwoju.

Reklama

Jak na pomysł o zostaniu aktorem zareagowali rodzice? Spotkał się Pan z akceptacją z ich strony?

– Kiedy dochodziłem do swoich zawodowych wyborów, moi rodzice zbliżali się do sześćdziesiątki. Wcześniej wypuścili w świat pięciu moich starszych braci i każdy z nich wybrał trochę inną ścieżkę. Oczywiście, byli zaniepokojeni, mając świadomość, że aktorstwo nie daje pewnej pracy. Jednocześnie postanowili dać mi czas i mimo obaw, pozwolili mi działać, widząc moją determinację. Nie brałem zresztą w tym czasie od rodziców pieniędzy, bo zwyczajnie nie mieli ich tyle, by zapewnić mi utrzymanie w Krakowie. Od początku sam na siebie pracowałem, łapiąc dorywcze zajęcia. Dawałem im więc argumenty, że dam sobie radę. Z każdym rokiem przekonywali się, że aktorstwo nie jest moją fanaberią, tylko celem, do którego zmierzam. Wiem, że bardzo im ulżyło, kiedy w końcu się do szkoły teatralnej dostałem. Zresztą pierwsze szlaki przetarł mój starszy brat, który 5 lat wcześniej, po ukończeniu jarosławskiego „Plastyka”, zdawał na Akademię Sztuk Pięknych. 

Reklama

Jest Pan absolwentem jarosławskiego „Kopernika”. Już wtedy miał Pan sukcesy w konkursach krasomówczych. Czy to utwierdziło Pana w przekonaniu, że warto rozwijać te talenty?

– W „Koperniku” miałem fantastycznych nauczycieli od przedmiotów humanistycznych – państwa Magdalenę i Jacka Sało. Oni mnie ukierunkowali, proponując, bym zgłosił się do ówczesnego Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, a dzisiaj Funduszu Zdolni. Organizacja ta zaprasza uczniów mających w sobie ciekawość świata na warsztaty z pedagogami akademickimi. Ja na takie warsztaty jeździłem od II klasy liceum, oswajając się dzięki nim z teatrem i dużym światem. Dodatkowo zaangażowałem się w działania jarosławskiej grupy teatralnej „Plaster”. Moim instruktorem był Paweł Sroka, który w dalszym ciągu kształtuje młodzież. Te dwie rzeczy bardzo mi pomogły. Zresztą, kiedy jestem u rodziców, wciąż zdarza mi się odwiedzać dawnych nauczycieli z Jarosławia czy instruktorów w jarosławskim ośrodku kultury.

Reklama

Którą z dotychczasowych ról teatralnych, serialowych czy filmowych uważa Pan za swój największy, jak dotąd, sukces w dorobku aktorskim i dlaczego?

– Jeszcze przed szkołą teatralną zagrałem w serialu dla młodzieży „19+”, który jakieś 10 lat temu był bardzo popularny. Ta rola po raz pierwszy dała mi poczucie, że łatwo się stać rozpoznawalnym. Podobnie było z serialem „Papiery na szczęście”. Sporo osób zaczęło mnie wtedy kojarzyć, ale popularność nie jest tym, po co[paywall] uprawiam ten zawód. To jego miła część, ale bardziej doceniam moje role teatralne. Przede wszystkim dyplom z Agatą Dudą-Gracz „Ustalenia ze świętymi, czyli rozmowy obrazów”. Ale też pracę w Teatrze Narodowym, u boku wybitnych artystów, gdzie zagrałem epizod w spektaklu Jana Englerta. Tak samo cenie sobie pracę w Teatrze Ochoty, gdzie dostałem główną rolę w spektaklu „Życie towarzyskie i uczuciowe” – udanej adaptacji powieści Leopolda Tyrmanda.

Reklama

Na planie serialu „1670” zagrał Pan Jeremiego. Czy ten epizod w Pana ścieżce zawodowej miał duże znaczenie? Jakby nie było to serial bardzo rozpoznawalny....

– Miałem ogromną frajdę z przygotowywania się do tej roli, ćwiczenia szermierki. Tam też po raz pierwszy spotkałem się z Bartłomiejem Topą – znanym i cenionym aktorem. Na pewno te doświadczenia będą długo wspominał.

Zahaczając o życie prywatne, muszę zapytać o żonę Kaję Kozłowską-Żygadło, która jest etatową aktorką Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Czy aktorskie małżeństwo często rozmawia w domu o pracy?

Reklama

– Poznaliśmy się z żoną na pierwszym roku w szkole teatralnej. Oboje mieszkamy w Warszawie, a na czas produkcji spektaklu żyjemy trochę na odległość, bo wtedy Kaja przenosi się do Rzeszowa. Nasz związek zaczął się od przyjaźni, dlatego mieliśmy czas nauczyć się ze sobą współpracować, zanim na dobre między nami zaiskrzyło. A było to dopiero na roku dyplomowym. Związek aktora z aktorką jest trudniejszy, kiedy jedno akurat ma przestój i w danym momencie nie pracuje. Ale na pewno nie ma między nami rywalizacji. Oboje doskonale rozumiemy specyfikę zawodu i fakt, że wiąże się z nieregularnym trybem życia czy nieregularnymi dochodami. Staramy się być dla siebie oparciem.

Czy zdarzało się Wam grać we wspólnych projektach?

Reklama

– W trakcie pandemii, kiedy dla aktorów nie było za wiele pracy, zaczęliśmy z Kają nagrywać krótkie filmiki na Facebooka i Instragrama pod hasłem „Zabawy filmowe”. Robiliśmy też razem inne mniejsze projekty. Najbardziej zapamiętałem chyba jednak spotkanie na planie „Praskiego Rejtana”, emitowanego w Teatrze Telewizji. Nie mieliśmy tam wprawdzie wspólnych scen, ale oboje braliśmy udział w tym przedsięwzięciu.

Dziś młodzi często odwlekają decyzję o ślubie. Pan wybrał tradycyjną drogę...

– Pochodzę z rodziny, która jest tradycyjna i wierząca. To są wartości, które przejąłem. Szybko zresztą zdałem sobie sprawę, że zawód, który wybrałem, opiera się na niestabilności, nie tylko jeśli chodzi o finanse, ale też emocje. Wydaje mi się, że potrzebowałem tego, żeby mieć odskocznię w domu, żeby był dla mnie czymś, co jest stałe i bezpieczne. W tych potrzebach z moją żoną się spotkaliśmy. Mieliśmy takie samo spojrzenie na te sprawy. Oczywiście, małżeństwo to jest wyzwanie i odpowiedzialność, ale daje też nam poczucie bezpieczeństwa, którego nie dawałby nam związek nieformalny. Po drugie to także kwestia wartości, które oboje wyznajemy.

Reklama

Nad czym teraz pracuje K. Żygadło i gdzie można Pana zobaczyć obecnie?

– Aktualnie pracuję nad spektaklem „Przedwiośnie” w Teatrze Kochanowskiego w Opolu, w którym gram gościnnie rolę Hipolita Wielosławskiego. Premiera odbędzie się 13 czerwca.

Wymarzona rola pewnie wciąż jeszcze przed Panem. Czy jest jakiś typ bohatera czy konkretna postać, jaką chciałby Pan zagrać?

– Niektórzy mówią, że wymarzona rola to ta następna i ja się pod tym podpisuję. Ale oczywiście mam postaci, które chciałbym zagrać. Bardzo lubię takich bohaterów, jak na przykład Walter White z serialu Breaking Bad”.  To postać skomplikowana, niejednoznaczna, mająca swoje tajemnice. Chciałbym też zagrać księcia Myszkina z Dostojewskiego. Takich postaci jest dużo.

Reklama

W takim razie tego Panu życzę. Na koniec zapytam jeszcze, co by Pan doradzał młodym ludziom z małych miasteczek, którym marzy się aktorstwo, a być może nie mają odwagi podjąć wyzwania, myśląc, że stawiają poprzeczkę za wysoko?

– Po pierwsze, nie wierzę w „za wysoko”. Kiedy spojrzymy na historie artystów czy piłkarzy, często okazuje się, że są to ludzie wywodzący się z bardzo małych ośrodków, którzy nie mieli łatwego startu. Uważam, że warto podążać za swoją pasją oraz pragnieniami i jednocześnie przyglądać się swojej wrażliwości i próbować sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to, do czego dążę, rzeczywiście jest tym, co chcę robić w życiu.

Reklama

Dziękuję za rozmowę.

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 10/06/2025 18:05
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości