Przez trzy dni, od 6 do 8 czerwca br., Towarzystwo Przyjaciół Przemyśla i Regionu świętowało 135-lecie istnienia. Jest jednym z najstarszych towarzystw w nadsańskim mieście. Z tej okazji były koncerty jubileuszowe, wystawa, uroczysta msza święta, złożenie kwiatów na grobach zasłużonych członków TPPiR oraz przekazanie w opiekę 20. Przemyskiej BOT na zlokalizowanym na Cmentarzu Głównym w Przemyślu odrestaurowanego nagrobka ppłka Franciszka Poboja Śleczkowskiego, oficera c.k. armii, członka „Sokoła”, obywatela miasta Przemyśla. Było integracyjne spotkanie pokoleń, a z tej okazji światło dzienne ujrzała jubileuszowa „Jednodniówka”.
– Zdecydowanie. Polska była pod zaborami. Galicja miała jednak sporą autonomię, więc założenie takiego towarzystwa przyszło łatwiej niż gdzieś indziej. Początkowo było to Towarzystwo dla Upiększania Miasta Przemyśla. Ludzie się spotykali i chcieli coś zrobić dla miasta. Szczególnie dbali o zieleń. Członkowie towarzystwa nie tylko zorganizowali małe zoo na Wzgórzu Zamkowym, ale posadzili choćby 1250 drzew i dzięki temu na przykład powstał nasz piękny park. Organizowali bale charytatywne, koncerty w parkowej altance. Z zebranych pieniędzy tworzyli alejki czy kupowali ławki do parku. Dbali o elementy patriotyczne miasta, przeprowadzali konserwację pomników, organizowali uroczystości. Niewiele osób pewnie wie, że sam burmistrz miasta Aleksander Dworski był prezesem towarzystwa. Tak to wyglądało do wybuchu drugiej wojny światowej. Potem zmieniła się władza w Polsce. Władzom miasta nie podobała się nazwa towarzystwa, bo kojarzyła się im z sanacyjnym trendem. Wielką rolę w działalności towarzystwa odegrali adwokaci czy lekarze, którzy byli żydowskiego pochodzenia. Chcieli inwestować w miasto. Byli polskimi i lokalnymi patriotami. Cały czas o nich pamiętamy. Byłam organizatorką choćby modlitwy ekumenicznej na kirkucie przy Słowackiego. Spotkały się tam trzy wyznania: rzymskokatolickie, greckokatolickie i judaistyczne. Tak jak przez lata w zgodzie funkcjonowało to w Przemyślu[paywall].
– Miałam ją od dziecięcych lat. Początkowo jako młody wolontariusz, potem jako członek Towarzystwa Muzycznego. Zawsze chciałam coś reaktywować, tworzyć, budować. Ta potrzeba gdzieś tam we mnie tkwiła. Moi rodzice nie za bardzo to rozumieli, ale udało się mi ich przekonać. Kiedy skończyłam studia i zostałam nauczycielką, pewne rzeczy, choćby w ramach czynów społecznych, powielałam. Powiem tak: nie potrafię żyć tylko gotowaniem i praniem. Potrzebuję czegoś dodatkowego. Sama mówię o sobie, że do południa jestem gospodarna, po południu kulturalna.
– Od 7 czerwca 2006 roku, czyli w przyszłym roku będę obchodzić 20-lecie.
– Historia od zawsze była moją pasją. Ukończyłam studia, oprócz muzycznych, także na tym kierunku. Od wielu lat odwiedzałam z młodzieżą Leszka Włodka, znanego przemyskiego historyka. Kiedy poznaliśmy się bliżej, zaprowadził mnie do towarzystwa, które wtedy swoją siedzibę miało na Piłsudskiego. Był 2002 rok. Spotkałam tam osoby zdegustowane sytuacją panującą w towarzystwie. Był przecież przez pewien okres zarząd komisaryczny. Sytuacja finansowa była zła. Wówczas na półtora roku prezesem został Kazimierz Nycz. Załatwił nową siedzibę przy Rynek 5. Potem, kiedy już zostałam prezesem, udało się nam ją wyremontować, przede wszystkim dzięki pomocy więźniów z przemyskiego zakładu karnego. Wielkie ukłony dla pana dyrektora Skafiriaka, który mi ufa i wysyła więźniów na każdą prośbę. Powiem tak: jeśli się chce, wszystko można.
– Jesteśmy naprawdę w bardzo dobrej sytuacji finansowej. Kiedy w 2006 roku zostałam prezesem, towarzystwo miało siedem tysięcy złotych długu. Udało mi się znaleźć przedsiębiorcę, który odpisał podatek od swojej firmy na rzecz towarzystwa. Niestety już nie żyje. Dzięki temu udało się dług zniwelować, a nawet byliśmy wówczas delikatnie na plusie. Najważniejsze: zawsze trzeba umieć rozmawiać, nie zamykać dróg, być otwartym.
– To prawda. Dzięki pomocy Alicji Chruścickiej udało się nam powołać do życia Komitet Ochrony Starych Cmentarzy i Miejsc Pamięci Narodowej, który wszystko nadzoruje. Do pana słów dodałabym jeszcze jedną ważną rzecz: znani z wieloletnich kwest i rozliczania wszystkiego co do grosza. Bo dzięki temu ludzie mnie szanują. Dzięki temu wójtowie okolicznych gmin wspierają mnie finansowo. Nie ma żadnych kombinacji, delegacji czy innych machlojek. Jak byliśmy w Odrzykoniu, aby uhonorować księdza Panasia Gwiazdą Przemyśla, to cała wioska z nami jak w Boże Ciało. Łącznie odnowiliśmy już 126 nagrobków na cmentarzach w: Przemyślu, Krzywczy, Orłach, Birczy, Żurawicy czy Drohojowie.
– Z obu pomysłów jestem bardzo dumna. Gwiazda Przemyśla to mój autorski pomysł w 2017 roku. Powstało wydawnictwo z nazwiskami wszystkich uczestników walk, którym – pośmiertnie oczywiście – przyznaliśmy to odznaczenie. Powstaje drugi tom, bo mam tysiąc nowych osób. Do tej pory otrzymało je 9 tysięcy 300 osób. Dzwonią do mnie z całego świata w tej sprawie.
– Są momenty, kiedy mam naprawdę dość. Ludzie są chętni, ale cały czas trzeba ich motywować. Realnych członków towarzystwa jest 216. Dużą rolę odgrywa grupa turystyczna w naszym towarzystwie, którą prowadzi Marek Chodań, a która dodaje mi animuszu. Są wspaniali. Powiem tak: zrobiliśmy naprawdę dużo, ale za mało się to promuje.
– Mamy swoje cele i marzenia. Boli mnie fakt braku współpracy organizacji turystycznych w mieście, która dałaby asumpt do stworzenia z Przemyśla turystycznej atrakcji. Niby wszyscy dookoła o tym mówią, ale kiedy przychodzi co do czego, jest lipa. Liczę, że to się zmieni.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze