Reklama

Po krwawych walkach zostały pomniki i wciąż żywa pamięć

01/03/2015 15:51

Dachnów to dziś największa wieś w gminie Cieszanów. Życie toczy się tu spokojnie, ale sie-demdziesiąt lat temu wioskę przecinała tak zwana linia Mołotowa. Część ludności znalazło się pod okupacją niemiecką, część pod rosyjską. Wieś liczyła wtedy około 2000 osób, z czego aż 2/3 stanowiła ludność ukraińska. Miejscowość nadal zamieszkuje sporo osób, które pamię-tają odległe czasy.

– Jechaliśmy stłoczeni w bydlęcych wagonach, poupychani na drewnianych pryczach. Wielu nie przetrzymało tej drogi. Co jakiś czas pociąg się zatrzymywał i wynoszono na śnieg tych, którzy zmarli w podróży. Przykrywano ich śniegiem i zostawiano. Byliśmy bardzo głodni i zmarznięci. Kiedy podróż pociągiem się skończyła, przesiedliśmy się na sanie, które wiozły nas w 40-stopniowym mrozie do Białego Jaru, nad rzekę Irtysz. Jechaliśmy też nocą. Moje młodsze rodzeństwo zasnęło, a kiedy sanie podskoczyły na zaspie, niezauważony sturlał się z nich mój 3-letni brat. Nie widzieliśmy kiedy i gdzie. Znalazła go rodzina jadąca za nami na saniach. Wzięli go do siebie. Kiedy spotkaliśmy się w miejscowości Tara, był bardzo wyziębiony. Matka razem z trójką młodszych dzieci trafiła do szpitala, po wycieńczającej podróży wielu się tam znalazło. Oprócz chorób związanych z przemarznięciem ludzi dziesiątkował również tyfus. Ze szpitala wróciła jedynie matka – mówi drżącym głosem.

Przyjdzie czas, kiedy Donieck spłynie rzeką krwi

– Przeszliśmy wielką biedę i katorgę. Dziś wiem, że da się zjeść wszystko oprócz kamieni i żelaza. Od razu zagoniono nas do pracy. Mężczyźni i starsi chłopcy ścinali drzewa w lesie, kobiety i młodsze dzieci obrabiały je w kołchozie. Mieszkaliśmy w barakach, spaliśmy na drewnianych piętrowych pryczach. Dopiero po dwóch latach, kiedy Rosjanie zaczęli przegrywać na froncie z niemieckimi wojskami, sytuacja się na tyle rozluźniła, że uciekliśmy. Do domu wracaliśmy jeszcze parę lat, ale nigdy się nie poddaliśmy – zaznacza Stanisław Brzyski.

Reklama

– Te wspomnienia to część mnie. Kiedy patrzę na obecne czasy, cieszę się, że Polska jest w miarę spokojnym krajem. Przypomina mi się sytuacja, kiedy byłem w kołchozie, w obwodzie donieckim. Spotkałem tam starszego Rosjanina, który mówił z dziwnym akcentem. Przyszli jacyś ludzie i powiedzieli, że właśnie wojna się skończyła. Wszyscy się ucieszyli. A on, zadumany, powiedział: „Przyjdzie jeszcze czas, kiedy Donieck spłynie rzeką krwi”. To było 70 lat temu. 

– Tydzień przed wywózką mój ojciec został wezwany do zastawni NKWD w Dachnowie, gdzie poproszono go o przedstawienie swojej dziesięcioosobowej rodziny. Zaraz po nim przyszedł jego sąsiad, który również miał liczną rodzinę. Kiedy dowódca zobaczył, ile w tych rodzinach jest dzieci, nie odezwał się już ani słowem. Wiedzieliśmy już, że coś niedobrego się święci. Dziewięć miesięcy wcześniej w naszej rodzinie urodził się siódmy syn. 

Wtedy panował taki zwyczaj, związany z polityką prorodzinną ustanowioną przez Mościckiego, że każdy siódmy syn mógł się starać o to, by jego chrzestnym ojcem był właśnie prezydent Mościcki. Liczyliśmy na to, ponieważ wiązało się to z przywilejami dla dziecka i rodziny. Niestety 10 lutego do naszych drzwi zadudnili żołnierze – opowiada.
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama