Dachnów to dziś największa wieś w gminie Cieszanów. Życie toczy się tu spokojnie, ale sie-demdziesiąt lat temu wioskę przecinała tak zwana linia Mołotowa. Część ludności znalazło się pod okupacją niemiecką, część pod rosyjską. Wieś liczyła wtedy około 2000 osób, z czego aż 2/3 stanowiła ludność ukraińska. Miejscowość nadal zamieszkuje sporo osób, które pamię-tają odległe czasy.
– Jechaliśmy stłoczeni w bydlęcych wagonach, poupychani na drewnianych pryczach. Wielu nie przetrzymało tej drogi. Co jakiś czas pociąg się zatrzymywał i wynoszono na śnieg tych, którzy zmarli w podróży. Przykrywano ich śniegiem i zostawiano. Byliśmy bardzo głodni i zmarznięci. Kiedy podróż pociągiem się skończyła, przesiedliśmy się na sanie, które wiozły nas w 40-stopniowym mrozie do Białego Jaru, nad rzekę Irtysz. Jechaliśmy też nocą. Moje młodsze rodzeństwo zasnęło, a kiedy sanie podskoczyły na zaspie, niezauważony sturlał się z nich mój 3-letni brat. Nie widzieliśmy kiedy i gdzie. Znalazła go rodzina jadąca za nami na saniach. Wzięli go do siebie. Kiedy spotkaliśmy się w miejscowości Tara, był bardzo wyziębiony. Matka razem z trójką młodszych dzieci trafiła do szpitala, po wycieńczającej podróży wielu się tam znalazło. Oprócz chorób związanych z przemarznięciem ludzi dziesiątkował również tyfus. Ze szpitala wróciła jedynie matka – mówi drżącym głosem.
– Przeszliśmy wielką biedę i katorgę. Dziś wiem, że da się zjeść wszystko oprócz kamieni i żelaza. Od razu zagoniono nas do pracy. Mężczyźni i starsi chłopcy ścinali drzewa w lesie, kobiety i młodsze dzieci obrabiały je w kołchozie. Mieszkaliśmy w barakach, spaliśmy na drewnianych piętrowych pryczach. Dopiero po dwóch latach, kiedy Rosjanie zaczęli przegrywać na froncie z niemieckimi wojskami, sytuacja się na tyle rozluźniła, że uciekliśmy. Do domu wracaliśmy jeszcze parę lat, ale nigdy się nie poddaliśmy – zaznacza Stanisław Brzyski.
– Te wspomnienia to część mnie. Kiedy patrzę na obecne czasy, cieszę się, że Polska jest w miarę spokojnym krajem. Przypomina mi się sytuacja, kiedy byłem w kołchozie, w obwodzie donieckim. Spotkałem tam starszego Rosjanina, który mówił z dziwnym akcentem. Przyszli jacyś ludzie i powiedzieli, że właśnie wojna się skończyła. Wszyscy się ucieszyli. A on, zadumany, powiedział: „Przyjdzie jeszcze czas, kiedy Donieck spłynie rzeką krwi”. To było 70 lat temu.
– Tydzień przed wywózką mój ojciec został wezwany do zastawni NKWD w Dachnowie, gdzie poproszono go o przedstawienie swojej dziesięcioosobowej rodziny. Zaraz po nim przyszedł jego sąsiad, który również miał liczną rodzinę. Kiedy dowódca zobaczył, ile w tych rodzinach jest dzieci, nie odezwał się już ani słowem. Wiedzieliśmy już, że coś niedobrego się święci. Dziewięć miesięcy wcześniej w naszej rodzinie urodził się siódmy syn.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze