– Jesteśmy uwiązani. Nie możemy sprzedać mieszkania ani nigdzie wyjechać, bo nie wiadomo, kiedy przyjdzie wezwanie z sądu – twierdzą lokatorzy jednego z mieszkań w Oleszycach. Przed Sądem Rejonowym w Lubaczowie toczy się sprawa o ustalenie jego prawowitego właściciela. A właściwie powinna się toczyć, ponieważ przygotowanie opinii przez biegłego trwało blisko półtora roku, a sprawa nie może ruszyć z miejsca.
O tej sprawie pisaliśmy w Życiu Podkarpackim w lutym 2015 r. Marta Murawska najpierw mieszkała w spornym mieszkaniu razem z matką jako najemcy. W grudniu 1999 r. kupiła je od gminy Oleszyce. Dwa miesiące później została sporządzona nowa księga wieczysta, w której jako właściciel mieszkania widnieje Marta Murawska. Obecnie mieszka w nim razem z mężem.
W grudniu 2011 r. małżeństwo otrzymało pismo od pani B., obecnie mieszkającej na Śląsku. Kobieta zażądała od lokatorów opuszczenia mieszkania w ciągu trzech miesięcy. Powołała się na posiadany akt notarialny z 1950 r., z którego wynika, że jest ona właścicielem sąsiedniej kamienicy, bezpośrednio przylegającej do mieszkania M. Murawskiej. I według pani B. to mieszkanie również jest jej własnością.Sprawą zajmuje się Sąd Rejonowy w Lubaczowie, który musi przede wszystkim ustalić, kto jest prawowitym właścicielem mieszkania. Lub mówiąc innymi słowy: czy urząd sprzedał swoją własność. Toczy się jednak ona w ślimaczym tempie. – Od 2012 roku odbyła się tylko jedna rozprawa. Biegły pisał opinię ponad rok – twierdzi pani Marta.
Sąd istotnie powołał dwóch biegłych: z dziedziny budownictwa i z dziedziny geodezji. Według obu[paywall], mieszkanie M. Murawskiej znajduje się w obrębie kamienicy pani B. Małżeństwo wskazuje jednak na pewną nieścisłość: z aktu notarialnego pani B. wynika, że jej powierzchnia wynosi 165 m kw. Według biegłego należy się jej jednak 256 m kw. – Ta pani nie ma jednak żadnego dokumentu, który świadczyłby, żeby przysługuje jej większa powierzchnia, nie ma żadnej umowy na wynajem lub zakup – mówi pani Marta. – Skąd zatem przybyło prawie sto metrów? – dopytuje.
Podobnego zdania są władze miasta. – Złożyłem zarzuty do opinii biegłych. Opinia obejmuje okres od 1971 roku, natomiast interesujący nas okres to lata pięćdziesiąte, a konkretnie 2 stycznia 1950 roku, czyli ustalenie substancji, która była przedmiotem sprzedaży właśnie tego dnia. W akcie notarialnym jest napisane, że rodzice pani B. kupili wtedy 165 metrów kwadratowych. Liczyłem, że biegli określą granice tej powierzchni. Czegoś takiego jednak nie zrobili, ponieważ nie weszli nawet do budynku, który jest własnością pani B. Rozumiem, że mogła się pojawić pewna rozbieżność w metrażu, ale różnica blisko stu metrów jest zbyt duża – mówi radca prawny Urzędu Miasta i Gminy Oleszyce Tomasz Zadworny.
– My w to mieszkanie włożyliśmy mnóstwo pieniędzy. Wykonaliśmy łazienkę, przeprowadziliśmy gruntowny remont – wymienia małżeństwo.– Jesteśmy uwiązani. Nie możemy sprzedać mieszkania ani nigdzie wyjechać, bo nie wiadomo, kiedy przyjdzie wezwanie z sądu – dodaje.
Rzecznik Sądu Okręgowego w Przemyślu Małgorzata Reizer przyznaje, że sytuacja jest skomplikowana. – Długo trwało przygotowanie opinii przez biegłych, między innymi dlatego, że jedne z osób, które uznają się za właścicieli, nie chciały go wpuścić – tłumaczy. Jak mówi, wszystkie dowody są już przeprowadzone, ale termin rozprawy nie został jeszcze wyznaczony.
W zawieszeniu są jeszcze dwie inne sprawy sądowe: o eksmisję i zasiedzenie. Zostały one jednak zawieszone do czasu ustalenia faktycznego prawa własności.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Sprawa utknęła, gdyż diabeł ogonem akta nakrył.
boszz znowu oni
Sprawa utknęła, gdyż diabeł ogonem akta nakrył.
z tymi ludzmi zawsze jest dym