Pierwszy raz Życie trafiło do mnie w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku. Po mieście szła fama, że w Przemyślu będzie nowy tygodnik.
Ktoś przyniósł do domu pierwszy numer i wszyscy zachłannie rzucili się do czytania. Już wtedy byłem lokalnym patriotą i byłem bardzo dumny z tego, że w moim rodzinnym mieście mamy swoją gazetę. Kupowałem każdy kolejny numer i do dzisiaj mam w domu kilka oprawionych roczników. Później, już po studiach i roku wojska, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym roku zacząłem pracować jako nauczyciel w Wiarskiej Wsi, bo tak się wtedy nazywały Huwniki. Szybko doszedłem do wniosku, że belfrerka zupełnie nie jest moim powołaniem. Miałem już za sobą kilka publikacji w harcerskiej gazecie Na przełaj i w Życiu i ciągnęło mnie do pisania. Minął rok i do moich drzwi zapukał jakiś nieznany pan. To był Zbigniew Ziembolewski, redaktor naczelny Życia, który[paywall] przyszedł zaproponować mi pracę w redakcji. Przyznaję, byłem wtedy w euforii, ale rok później, po reformie prasy okazało się, że Życie już nie jest tygodnikiem społecznym, tylko ma być organem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i wtedy przyszło ostudzenie. Czułem, że będą mnie zmuszali, żebym zapisał się do partii, bo wtedy taki był wymóg. Poszedłem do redakcji i powiedziałem naczelnemu, że absolutnie nie zamierzam zapisywać się do partii. Naczelny tłumaczył mi, że dobrze by było, bo zamierzał powierzyć mi dział partyjny, ale na siłę nie będzie mnie zmuszał i przydzielił mi sprawy społeczne i gospodarkę. Chciałem pisać o kulturze, ale – jak to zwykle bywa – na kulturze wszyscy doskonale się znają i ten dział był już obsadzony.
Pamiętam mój pierwszy wywiad ze znanym plastykiem Adamem Macedońskim, którego znałem z czasów krakowskich. Pogadaliśmy, napisałem, dumny oddałem materiał do redakcji i rozpętała się burza. Woła mnie naczelny i pyta, skąd się wziął ten temat. Tłumaczyłem mu, że znam artystę, który miał w Przemyślu wystawę, a Ziembolewski na to: – Ale mi się za pana materiał oberwało w komitecie, bo okazało się, że Macedoński był znanym opozycjonistą i występował w Wolnej Europie i był na niego zapis, czyli cenzura pilnowała, żeby go w gazetach wcale nie było. Wtedy dopiero uświadomiłem sobie działanie tego całego partyjnego mechanizmu i zrozumiałem, co starsi koledzy mieli na myśli, kiedy chwalili się, że udało im się przechytrzyć cenzurę i zacytować dwa zdania z Sołżenicyna. Później nieraz się zdarzało, że cenzura zdejmowała moje materiały. Na przykład zdjęli mi zapowiedź spotkania z Adamem Michnikiem, które miało się odbyć w klubie „Metalowiec” albo artykuł o narkomanach, bo był ilustrowany zdjęciem makówki. Dzisiaj to trudno zrozumieć, ale na przykład musieliśmy na zdjęciach zamalowywać wojskowym dystynkcje na pagonach, żeby się wróg nie dowiedział, jakie mają stopnie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze