Reklama

Zdzisław Szeliga: – Przyznaję, byłem wtedy w euforii

14/11/2017 09:30

Pierwszy raz Życie trafiło do mnie w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku. Po mieście szła fama, że w Przemyślu będzie nowy tygodnik.

Ktoś przyniósł do domu pierwszy numer i wszyscy zachłannie rzucili się do czytania. Już wtedy byłem lokalnym patriotą i byłem bardzo dumny z tego, że w moim rodzinnym mieście mamy swoją gazetę. Kupowałem każdy kolejny numer i do dzisiaj mam w domu kilka oprawionych roczników. Później, już po studiach i roku wojska, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym roku zacząłem pracować jako nauczyciel w Wiarskiej Wsi, bo tak się wtedy nazywały Huwniki. Szybko doszedłem do wniosku, że belfrerka zupełnie nie jest moim powołaniem. Miałem już za sobą kilka publikacji w harcerskiej gazecie Na przełaj i w Życiu i ciągnęło mnie do pisania. Minął rok i do moich drzwi zapukał jakiś nieznany pan. To był Zbigniew Ziembolewski, redaktor naczelny Życia, który[paywall] przyszedł zaproponować mi pracę w redakcji. Przyznaję, byłem wtedy w euforii, ale rok później, po reformie prasy okazało się, że Życie już nie jest tygodnikiem społecznym, tylko ma być organem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i wtedy przyszło ostudzenie. Czułem, że będą mnie zmuszali, żebym zapisał się do partii, bo wtedy taki był wymóg. Poszedłem do redakcji i powiedziałem naczelnemu, że absolutnie nie zamierzam zapisywać się do partii. Naczelny tłumaczył mi, że dobrze by było, bo zamierzał powierzyć mi dział partyjny, ale na siłę nie będzie mnie zmuszał i przydzielił mi sprawy społeczne i gospodarkę. Chciałem pisać o kulturze, ale – jak to zwykle bywa – na kulturze wszyscy doskonale się znają i ten dział był już obsadzony.

Pierwszy wywiad

Pamiętam mój pierwszy wywiad ze znanym plastykiem Adamem Macedońskim, którego znałem z czasów krakowskich. Pogadaliśmy, napisałem, dumny oddałem materiał do redakcji i rozpętała się burza. Woła mnie naczelny i pyta, skąd się wziął ten temat. Tłumaczyłem mu, że znam artystę, który miał w Przemyślu wystawę, a Ziembolewski na to: – Ale mi się za pana materiał oberwało w komitecie, bo okazało się, że Macedoński był znanym opozycjonistą i występował w Wolnej Europie i był na niego zapis, czyli cenzura pilnowała, żeby go w gazetach wcale nie było. Wtedy dopiero uświadomiłem sobie działanie tego całego partyjnego mechanizmu i zrozumiałem, co starsi koledzy mieli na myśli, kiedy chwalili się, że udało im się przechytrzyć cenzurę i zacytować dwa zdania z Sołżenicyna. Później nieraz się zdarzało, że cenzura zdejmowała moje materiały. Na przykład zdjęli mi zapowiedź spotkania z Adamem Michnikiem, które miało się odbyć w klubie „Metalowiec” albo artykuł o narkomanach, bo był ilustrowany zdjęciem makówki. Dzisiaj to trudno zrozumieć, ale na przykład musieliśmy na zdjęciach zamalowywać wojskowym dystynkcje na pagonach, żeby się wróg nie dowiedział, jakie mają stopnie.

 Stan wojenny

 Nie sposób w tych wspomnieniach pominąć stanu wojennego. Przychodzimy do pracy czternastego grudnia osiemdziesiątego pierwszego roku, a redakcja zaplombowana. Zostawili nam tylko dwa pokoje. Przychodziliśmy codziennie, piliśmy kawę, gadaliśmy, czasem ktoś jakieś winko przyniósł. Czasem, kiedy przychodził jakiś ubek, Leonard Czajka, który po Ziembolewskim był naczelnym, napominał nas, żebyśmy za dużo nie chlapali jęzorami, bo przez drzwi słychać, jak politykujemy. Natomiast bardzo mile wspominam wyjazdy w tak zwany teren. Bardzo to lubiłem. Wtedy mieliśmy do dyspozycji samochód z kierowcą, a dziennikarzowi zawsze towarzyszył fotoreporter. Takie mieliśmy luksusy. Często jeździłem do Lubaczowa i coś mnie tam ciągnęło. Pojechałem kiedyś robić jakiś materiał interwencyjny. Gdzieś, w jakimś zakładzie wielobranżowym załoga się skarżyła, że jest gnębiona i za mało zarabiają. Na miejscu pytam ludzi, co im leży na sercu. Oni na to, że za mało zarabiają i podają wysokość pensji porównywalnej do moich zarobków. Pomyślałem, faktycznie pracują fizycznie o wiele ciężej ode mnie, ale z rozmów wyszło, że mają jeszcze premie i po podsumowaniu ich zarobki były dwa razy większe od moich. Wtedy klasa robotnicza nie miała więc tak najgorzej. Już nie pamiętam, ale zdaje się, że nie zrobiłem tego materiału. Tak dotrwałem w redakcji Życia do tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku.
JS
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości