Jednym z najbardziej bramkostrzelnych napastników w historii przemyskiego futbolu.
- Panie Jerzy, ile Pan strzelił bramek w swojej karierze?
- Ojojoj… Gdzie ja po tylu latach pamiętam. Nikt nie prowadził tak precyzyjnych statystyk jak dzisiaj. Jak by liczyć od juniora to ze sto pięćdziesiąt się uzbierało na pewno. Grałem przez dziesięć sezonów jako napastnik, potem przez kilka sezonów w pomocy, a przed zakończeniem kariery na sztoperze.
- Który Pan jest rocznik?
- 1951
- Pan jest przemyślaninem?
- Od urodzenia
- Kiedy zaczęła się Pana przygoda z piłką nożną?
- W piątej może szóstej klasie, czyli gdy miałem 11, 12 lat. Na pierwszy trening poszedłem do Polonii, chociaż wychowywałem się pod Bałtykiem (dawne Kino Bałtyk – przyp. red.) kibicowałem i biegałem na mecze Czuwaju. Ale do Polonii poszli starsi moi koledzy. Poszedłem za nimi. Między innymi Waldek Wołoszyn, Rysiek Pinda z Grunwaldzkiej. Rysiek mieszkał na tej samej parafii co ja. Jeszcze Franek Czapliński, Marek Kamiński, Marek Zazula, Janusz Hrynkiewicz. To chłopcy z Zasania, z okolic Placu Konstytucji i Grunwaldzkiej.
- Kto jeszcze wtedy trafił do Polonii?
- Leszek Janusz, Andrzej Panek, Boguś Sarnowski, Jan Olejnik. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich. W juniorach trenował nas Józef Zagulak. On nas wszystkich spod tego Bałtyku ściągnął do Polonii. W trampkarzach pierwszym moim trenerem był Mieczysław Laba, ale w najmłodszej grupie grałem krótko.
- Pan od razu się wyróżniał jako napastnik?
- Lepszy był Jurek Kuzio, muszę przyznać. Rywalizowaliśmy. Ale Jurkowi w karierze przeszkodziła kontuzja. Ja w tym czasie grałem także w koszykówkę…
- Tak, wiem. W seniorskiej drużynie Polonii. Przez koszykówkę jeden jedyny raz w karierze piłkarskiej nie zagrał Pan z „10” na koszulce, czyli z numerem Włodzimierza Lubańskiego, który był Pana wzorem piłkarskim[paywall].
- Był taki epizod. Nie mogę go zapomnieć. Mieliśmy dwumecz ligowy w koszykówkę ze Stalą Stalowa Wolą. Sobota, niedziela. W sobotę o 18. Zagrałem pierwszy mecz. Wyszedłem w pierwszej piątce. Rzuciłem 16. punktów. Wygraliśmy. W niedzielę rewanż o jedenastej. Z kolei w niedzielę, o dziesiątej graliśmy derby piłkarskie juniorów z Jarosławskim Klubem Sportowym. Powiedziałem trenerowi koszykówki Edwardowi Lisikiewiczowi: - Panie trenerze nie będzie mnie jutro rano. Zrugał mnie. Sprawa oparła się o zarząd Polonii. Usłyszałem: pierwszeństwo ma drużyna seniorska, czyli koszykówka. Nie spałem prawie całą noc. Biłem się z myślami, co robić? Co wybrać? Zasnąłem nad ranem. Gdy się obudziłem było przed dziesiątą. Biegnę przez most prosto na stadion Polonii (obecnie bazar przy Sportowej – przyp. red). Mecz już trwał. Wchodzę do szatni, wołam: pani Marysiu (Maria Gurdziel i jej mąż Leopold Gurdziel byli gospodarzami MKS Polonia. Klub był ich drugim domem. – przyp. red.) dawaj mi pani szybko sprzęt! – Nie ma – odpowiedziała pani Marysia. – Szelążek wziął twoją koszulkę. – Dawaj mi pani jakąś rezerwową. I wybiegam na bieżnię. Zobaczył mnie trener Zagulak. Robi od razu zmianę. Koszulki już nie mogłem odebrać Arturowi Szelążkowi. Wchodzę z tą, którą mam. Wygrywamy mecz 5:1. Strzeliłem trzy bramki. Ten jeden jedyny raz w karierze nie zgrałem z numerem 10. Koszykarze na szczęście też swój mecz wygrali, więc nikt do mnie nie miał pretensji.
- Jak Pan myśli, czy właśnie wtedy definitywnie wybrał Pan pikę nożną?
- Tak, z perspektywy czasu tak to oceniam. To zdarzenie zadecydowało. Co prawda w koszykówkę grałem jeszcze do 1972, ale już sporadycznie. Od 1967 rozpocząłem grę w seniorach Polonii.

fot.zbiory własne
Wnuk Jerzego Bandrowicza Szymon Płocica: Korona Kielce.
- Po jesiennej rundzie, zimą 1970 pojechał Pan ze Stalą Stalowa Wola na zgrupowanie kondycyjne i testy do Węgierskiej Górki na Śląsku.
- Tak. Tam mieliśmy sparingi między innymi z Polonią Bytom, GKS Katowice. Strzeliłem sporo bramek. Jak mnie zobaczyli działacze Stali podjęli natychmiast decyzję o wykupieniu mnie z Polonii Przemyśl. Stal Stalową Wolę prowadził wtedy Jerzy Kopa. Potem trener Legii Warszawa, Lecha Poznań. Nie zapomnę, jak Kopa powiedział po sparingach: chcę mieć tego chłopaka w drużynie za każde pieniądze. I tak znalazłem się w trzecioligowej Stali Stalowa Wola. Oni walczyli o II ligę, a Polonia grała w okręgówce. W Stali Stalowa Wola był już Andrzej Demko, zawodnik Czuwaju. Ze Stali Stalowej Woli przeszedł do pierwszoligowej Stali Rzeszów Marian Ostafiński, przemyślanin, zawodnik Polonii. Reprezentant Polski, sztoper, złoty medalista olimpijski z 1972 w drużynie Kazimierza Górskiego.
- Przygoda w Stali Stalowa Wola trwała bardzo krótko. Zaledwie rok. Dlaczego? Nie poradził Pan sobie?
- Wręcz przeciwnie. Sportowo dawałem radę. A finansowo? Na wejściu dostałem dobrze płatny etat w Hucie Stalowa Wola. Trenowaliśmy dwa razy dziennie. Do Huty, do pracy żaden z zawodników nie chodził. Pamiętam, bokserzy Stali Stalowa Wola, chociaż byli w I Lidze chodzili, piłkarze nie. Tylko mistrz olimpijski Lucjan Trela nie chodził do Huty. Dostałem osobny pokój w Hotelu Robotniczym. Dobre zarobki. Rozpocząłem wieczorowe liceum. Więc wszystko wydawało się ok. Ale czułem się całkowicie sam. Niektórzy koledzy mieli już założone rodziny. Większość z nich była ode mnie starsza. A ja miałem ledwie dwadzieścia lat. No i bardzo tęskniłem za Przemyślem. Za domem. Po roku powiedzianą dość. Ale nie maiłem za bardzo do czego wracać. Pomógł mi Józef Zagulak. Prowadził pierwszą drużynę Polonii Przemyśl. - Wracaj do rodzimego klubu – powiedział. Udało się pokonać formalności. Wróciłem do Polonii, a naukę kontynuowałem w wieczorówce II LO. Jako ciekawostkę dodam, że jeszcze zimą, przed sezonem Kopa pozwolił mi zagrać w koszykówkę, gdy przyjechał mój zespół Polonii Przemyśl. Trochę to było zabawne, bo jako piłkarz reprezentowałem już Stal Stalowa Wolę, ale jako koszykarz Polonię Przemyśl.
- Kto z Panem wtedy zagrał:
- Jacek Jastrzyszyn, Adam Sidor, Andrzej Guła, Wiesław Dembicki, Marek Mryc, Zenon Burzyński., Bogdan Drozd.
- Co było dalej?
- Dalej, dwa lata wojska odsłużyłem grając w Polonii.
- Czyli mamy 1974?
- Tak. W 1974 zainteresowały się mną Karpaty Krosno. Ale Polonia nie dała mi karty zwodniczej. Po pół roku, wracam do Polonii. Gram pół sezonu i dzwonią do mnie z Polnej z propozycja zmiany klubu.
- Jaką podjął pan decyzję?
– Po rozmowie z prezesem RWKS Polna Przemyśl Stanisławemem Kusiem zmieniam klub. W 1976, w sierpniu, biorę ślub. Dostaję etat w Polnej i mieszkanie.
- Zaczyna się Pana najlepszy okres w karierze zawodniczej.
- Tak, byłem wicekrólem strzelców w III lidzie. Wyprzedził mnie tylko Jurek Pietrzkiewicz ze Stali Sanok, który za punkt honoru w każdym sezonie brał sobie to, aby mnie wyprzedzić (śmiech). Trzeba przyznać, miał przyłożenie z lewej nogi dość mocne. W ilości strzelonych bramek zawsze byłem wysoko w rankingu. W Polnej mieliśmy świetny skład. Między innymi przeszli ze mną z Polonii do Polnej Jasiu Szewczyk, Leszek Janusz, Janek Duda, Franiu Grzegorczyk. Graliśmy w III lidze, ale walczyliśmy cały czas o II ligę. Trzeba pamiętać, że to była trzecia grupa rozgrywkowa od najwyższego poziomu, a poziom w I lidze w latach siedemdziesiątych był niesamowity. To były złote lata polskiej piłki nożnej. W Polnej dograłem do końca kariery, czyli do 1982. Do 1985 byłem grającym trenerem w Gromie Wyszatyce. W 1985 definitywnie zakończyłem profesjonalną grę w piłkę nożną.
- W tym czasie zrobił Pan kurs trenerski. Szkolił młodzież Polnej Przemyśl i trafił Pan na prawdziwy brylant piłkarski.
– Jurka Podbrożnego rzeczywiście zainteresowałem piłką nożną. Jestem z tego dumny. Król strzelców I Ligi z Legią Warszawa. Mistrz Polski. Jedyny przemyślanin grający w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Z moich wychowanków z tej grupy w ekstraklasie grał jeszcze Bogusław Kawecki w Stali Stalowa Wola. Udało mi się pod koniec lat siedemdziesiątych zabrać grupę bardzo zdolnych chłopaków. Z tą grupą chłopaków wędrowałem przez sześć lat, a kapitanem od początku był Wiesław Rowiński. On wymyslił na Podbrożnego określenie: Guma. Jurek rzeczywiście od razu się wyróżniał szybkością, zwinnością, instynktem strzeleckim. Piłka sama go szukała.
Ci chłopcy spełnili moje marzenie, grając w ekstraklasie. Co mnie nie było dane.
- To prawda, że aby zachęcić trampkarzy do systematycznego chodzenia na treningi częstował ich Pan cukierkami.
- Prawda. Cukierki to był mój trenerski patent.
- Doczekał się Pan następcy.
- Mój wnuk Szymon Płocica gra aktualnie w Koronie Kielce, mając dwadzieścia lat.
- Panie Jerzy, gdyby ktoś zaproponował Panu podróż w wehikule czasu. Gdyby mógł Pan ponownie dokonać wyboru piłkarskiego coś by Pan zmienił?
- Tak. Gdybym wtedy, wiele lat temu, wytrwał w Stali Stalowa Wola moja kariera zawodnicza potoczyłaby się inaczej. Dlatego do wszystkich młodych piłkarzy apeluje o zaangażowanie i wytrwałość. Ale mimo to nie żałuję niczego. Jestem piłkarsko i trenersko spełniony.
- Dziękuję za rozmowę. I pozwoli Pan na chwile prywatnej refleksji. Jako dzieciak biegałem oglądać Pana mecze. Podpatrywałem Pana sposób poruszania się po boisku. Szczególnie w polu karnym. Kibice Pana bardzo lubili i czekali na Pana soczyste uderzenie z dystansu i efektowne bramki strzelane głową. Po zdobyciu gola cieszynkę miał Pan identyczną jak Lubański. Wybicie z jednej nogi z uniesioną ręką. Dostarczył Pan przemyślanom wiele wspaniałych wrażeń, Włodzimierz Lubański, który lubi te tereny, być może w Internecie czyta naszą rozmowę i jest mu miło, że chłopak z Przemyśla budował swoją karierę piłkarską, wzorując się właśnie na nim.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze