Reklama

– Jeszcze wrócę do Przemyśla!

13/08/2024 19:36

Rozmowa z aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym Przemysławem Bluszczem.

Trzy razy odwiedziłeś Przemyśl, ale to chyba pierwszą wizytę zapamiętałeś najbardziej z pewnego prozaicznego powodu?
– Zgadza się. Był rok 1980, miałem dziesięć lat i tuż po zakończeniu roku szkolnego mój ojciec oświadczył, że jadę z bratem na kolonie do miasta nad Sanem. Bardzo się wtedy ucieszyłem, bo mam na imię Przemysław, a że od małego dużo czytałem i interesowałem historią, wiedziałem, że założycielem grodu był przywódca zachodniosłowiańskich Lędzian, czyli książę Przemysław. Dla dziesięciolatka odwiedzenie miasta swojego sławnego imiennika było dużym wydarzeniem, ale tym, co najbardziej wprawiło mnie w euforię, była niepowtarzalna okazja zakupów w... Składnicy Harcerskiej.


Dlaczego?
– Dla każdego dzieciaka było to wówczas bardzo ekskluzywne i wyjątkowy miejsce, w którym można było dostać rarytasy niedostępne w żadnym innym sklepie. Mieszkałem w małej miejscowości pod Radomskiem, gdzie o Składnicy Harcerskiej można było tylko pomarzyć, więc wyjazd do Przemyśla wiązał się z olbrzymimi emocjami. Oczami wyobraźni widziałem modele samolotów, statków i czołgów do sklejania, które z dumą stawiam na półce. Marzyłem też o słynnej wówczas kolejce elektrycznej, scyzoryku i lupie. Z moich zamierzeń nic jednak nie wyszło, co wprawiło mnie w czarną rozpacz!

Reklama


Co się stało?
– Miałem potwornego pecha. Pierwszego wieczoru zatrzymaliśmy się na nocleg w szkole podstawowej, w której mieliśmy spędzić dwa tygodnie. Nic nie zapowiadało nieszczęścia, a ja z podniecenia nie mogłem zasnąć, bo na drugi dzień chciałem od razu biec do wymarzonego sklepu. Rano obudziłem się jednak z potwornym bólem gardła i wysoką temperaturą. Okazało się, że mam anginę, wylądowałem więc w izolatce, której nie opuściłem już do końca koloni. To był dla mnie prawdziwy dramat i jeszcze większy koszmar! Przypomniałem sobie o tym wydarzeniu w czasie pandemii koronowirusa, kiedy zamknięty w domu pochłaniałem masę książek. Wtedy, w izolatce, też bardzo dużo czytałem. To był jedyny plus tamtego wyjazdu.


W trakcie następnej wizyty nie wstąpiłeś do swojego ukochanego sklepu?
– Kiedy po raz drugi pojawiłem się w Przemyślu, a był to koniec lat osiemdziesiątych, Składnicy Harcerskiej już nie było. I do dziś nie potrafię wyjaśnić, dlaczego los tak ciężko mnie wtedy doświadczył, że przeszła mi ona, że tak powiem, koło nosa (śmiech).

Reklama


Co Cię sprowadziło kolejny raz do grodu nad Sanem?
– Ze swoim przyjacielem z Gliwic postanowiliśmy spędzić wakacje w Bieszczadach, a że wiedzieliśmy o kultowym pociągu z Przemyśla, który kursował do Ustrzyk Dolnych przez teren Związku Radzieckiego, nasza decyzja mogła być tylko jedna. To było dla nas niezapomniane przeżycie widzieć tamtejsze wioski i zabudowania, a także stanąć oko w oko z radzieckimi pogranicznikami, którzy na granicy wsiadali do pociągu i czujnie przyglądali się pasażerom.


Znaleźliście czas na zwiedzanie miasta?
– Pamiętam, że kiedy wysiedliśmy na Dworcu Głównym, zrobił on na nas piorunujące, wrażenie. Prawdziwa architektoniczna perełka. Kolejną wielką niespodzianką był dla nas San, który zachwycił nas tym, że majestatycznie przepływał przez sam środek miasta. Miał w sobie coś mistycznego, jakąś trudno wytłumaczalną aurę tajemniczości, pozornego spokoju. Kupiliśmy piwo, siedliśmy pod mostem i  zachwycaliśmy się płynącą przed nami rzeką. I rozmawialiśmy o dobrym wojaku Szwejku, który jako jeniec trafił do słynnej Twierdzy Przemyśl. Fakt, że Jaroslav Haszek zakwaterował sławnego ordynansa w jednej z największych fortec w Europie zawsze działał na moją wyobraźnię.

Reklama


Do Przemyśla powróciłeś po prawie dwudziestu pięciu latach. Co tym razem skusiło Cię do przyjazdu?
– Monodram Samospalenie- – spowiedź oficera SB”, którą napisał i wyreżyserował mój przyjaciel Krzysztof Szekalski, w którym zagrałem rolę byłego ubeka, po latach zepchniętego na margines historii. To niejednoznaczna, ale też prowokująca do przemyśleń postać, przez co definitywna ocena jego zbrodniczych działań jest trudna, złożona i skomplikowana.


Skąd pomysł na tego typu przedstawienie?
– Tragiczna historia Ryszarda Siwca, - który, protestując przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, dokonał we wrześniu 1968 roku samospalenia w trakcie ogólnokrajowych dożynek na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie – zrobiła na Krzyśku niezatarte wrażenie. To zainspirowało go do napisania wielokrotnie nagradzanego spektaklu, pokazującego zawiłość dziejów, gdzie w przewrotny sposób fikcja przeplata się z historycznymi faktami. Dzięki temu mogliśmy pokazać, że historia nie zawsze jest czarno- biała i w sposób ostateczny jasna do określenia. Jeździliśmy z tym przedstawieniem po całym kraju, było również dość długo na afiszu w moim macierzystym Teatrze Ateneum w Warszawie.

Reklama


Jak monodram odebrała publiczność w przemyskim „Niedźwiadku”?
– Niezbyt przychylnie, może nawet dość chłodno i z dużą rezerwą, co mnie jednak w żaden sposób nie zdziwiło. W końcu Ryszard Siwiec cieszy się w Przemyślu szczególną estymą, jest niekwestionowanym bohaterem, a tu nagle przyjeżdża jakiś Bluszcz i przedstawia historię, która znacząco różni się od tej, co powszechnie wiadomo. Ale na tym właśnie powinna polegać sztuka, aby widz nie czuł się komfortowo, aby targały nim sprzeczne uczucia oraz najróżniejsze emocje. Dlatego lubię tego typu role, bo łamią stereotypy, co może być wstępem do twórczej i owocnej dyskusji.


Co zapamiętałeś podczas ostatniej wizyty?
–W Przemyślu spędziliśmy dwa fantastyczne dni. Miałem wreszcie okazję pozwiedzać miasto, zobaczyć jego panoramę z Kopca Tatarskiego oraz pozostałości po Twierdzy Przemyśl. Odwiedziłem Muzeum Dzwonów i Fajek, z przyjemnością przeszedłem się podziemną trasą turystyczną i z wielką nostalgią powróciłem nad San, który do dziś uważam za jedną z najpiękniejszych rzek w Polsce. Był koniec września 2013 roku i wieczorne mgły w magiczny sposób opatulały jej brzegi. To było coś pięknego, chwytającego za serce!

Reklama


Odwiedzisz jeszcze kiedyś Przemyśl?
– Bardzo bym chciał, ale że jestem pracoholikiem, może się to okazać niełatwym wyzwaniem. Przemyśl jest bliski mojemu sercu, zawsze czułem się w nim dobrze, nawet chorując na anginę! (śmiech). To unikatowe, bajkowe wręcz miasto, w którym czas płynie wolniej, a ludzie nigdzie się nie spieszą. Nie ma wątpliwości, że z wielką przyjemnością znowu do niego wrócę.


Artur Krasicki

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama