Agata zastrzega: rozmawiajmy o bibliotece, o książkach, czytelnikach i ludziach, którzy je tworzą. Nie o mnie. Przed wywiadem odtwarza wideo z Umberto Eco, idącym niekończącym się labiryntem między półkami swojej domowej biblioteki.
– Znasz to? – pyta.
– Znam. No tak. Na tym moglibyśmy zakończyć naszą rozmowę.
– Tak, to prawda.
Od kiedy jesteś Panią z biblioteki?
– Żartowałyśmy z nieodżałowaną Ewą Lis, że jesteśmy bibliotekarkami publicznymi. W Przemyskiej Bibliotece Publicznej pracuję od września 1987, czyli w przyszłym roku minie czterdzieści lat. W bibliotece pracuję nieustannie. Zawsze to podkreślam. W życiu zawodowym zdarzają się zmiany, a ja cały czas tutaj i jestem z tego dumna. Wspomniałam Ewę, bo ci, którzy chodzili do biblioteki – czy to po uzyskanie informacji, czy wypożyczyć książkę, czy wziąć udział w jakimiś wydarzeniu – Ewę na pewno kojarzą. To była moja mistrzyni, jeżeli chodzi o wykonywanie zawodu. Jak zaczynałam, to Ewa z Grażyną Balicką, późniejszą dyrektorką biblioteki, miały akurat dziesięciolecie. Wtedy dziwiłam się: jak można tak długo pracować w jednym miejscu?

Agata Pilawa i Ewa Lis (rok 1989) podczas otwarcia wystawy w Przemyskiej Bibliotece Publicznej.
Masz papiery na Panią z biblioteki?
– Ukończyłam bibliotekoznawstwo i informację naukową na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale zanim ukończyłam studia, to najpierw zaczynałam je trzy razy. Nie zdałam egzaminu na dzienne po maturze. Skończyłam Państwowe Studium Bibliotekarskie w Krośnie. Świetna szkoła praktycznego rzemiosła. Na początku lat dziewięćdziesiątych rozpoczęłam studia zaoczne na UJ. Aby je na trzecim roku przerwać. Wtedy miałam inne rzeczy na głowie. Po dwudziestu latach wróciłam na uczelnię. I było to dla mnie bardzo dobre, bo bibliotekarstwo, jak wspomniałam, ciągle się zmienia.
Pamiętasz pierwszą bajkę lub książkę przeczytaną Ci przez rodziców?
– Nie mogę powiedzieć, że rodzice mi czytali. Czytanie dzieciom zrobiło się modne w ciągu kilku minionych dekad. Wcześniej nie było to takie oczywiste. Rodzice kupowali mi książki. Lubiłam w dzieciństwie chorować, bo wtedy najczęściej dostawałam od rodziców w prezencie jakąś książeczkę. Pierwszą bajkę, jaką dostałam, to była broszurka. Miała może z osiem kartek. Tytuł z czasem gdzieś się ulotnił, ale opowiadała o zwierzętach afrykańskich. Z barwnych ilustracji do dzisiaj zapamiętałam stada flamingów. Miałam wtedy cztery, może pięć lat.
A twoja pierwsza samodzielnie przeczytana książka?
– Nie pamiętam, ale były to pewnie wiersze, które wszyscy czytaliśmy, czyli Brzechwa, Tuwim, rymowanki. Z większych, zaraz, zaraz – Ferdynand Wspaniały. Tak, to była pierwsza świadomie przeczytana książeczka.
Ludwik Jerzy Kern i zabawna opowiastka o psie, któremu zamarzyło się zostać człowiekiem.
– Zgadza się.
Opowiedz o najważniejszej dla Ciebie książce. Takiej, która Tobą wstrząsnęła, uformowała na całe życie, do której wracasz i po co do niej wracasz.
– Największe wrażenie zrobiła na mnie powieść Tomasza Manna „Czarodziejska góra”. Miałam dwadzieścia lat. Treści nie będę opowiadać…
Bo jest nie do opowiedzenia. Chyba że jednym zadaniem: do szwajcarskiego sanatorium w Davos przyjeżdża, teoretycznie na trzy tygodnie i teoretycznie zdrowy, w odwiedziny do swojego chorującego na gruźlicę kuzyna Joachima Ziemssena, dwudziestokilkuletni student Hans Castorp i zostaje na siedem lat… zakochując się bez pamięci i wzajemności w tajemniczej kobiecie o wschodnich rysach.
– Tak. Nie jest do opowiedzenia. Były wakacje. Siedziałam sobie w domu i czytałam. Do dzisiaj pamiętam wrażenie, jakie na mnie zrobiła ta lektura, ale nie wracam do niej. Chcę jak najdłużej zatrzymać to, co mnie podczas czytania dzieł wybitnych, „zapowietrzyło”.
Biblioteki, czytelnie mają swój niepowtarzalny klimat i historię. Wiedzą o tym stali bywalcy. Moja młodzieńcza i studencka pamięć przywołuje bibliotekę w byłej synagodze przy ulicy Słowackiego w Przemyślu. W obecnej, nowoczesnej siedzibie Biblioteki Publicznej przy Grodzkiej bywam rzadziej, ale i ona jest wyjątkowa. Choćby z racji historii tego miejsca. Wcześniej w obecnym budynku biblioteki mieściło się kasyno oficerskie, a potem kultowe, nieistniejące Kino Kosmos. W obu miejscach byłaś i jesteś. Czym jest dla Ciebie biblioteka?
– Boże, to całe moje zawodowe życie. Drugi dom, czasem pierwszy. Biblioteka na Słowackiego miała swój klimat, aurę, energię. Była świątynią, nota bene, miejsce, w którym jesteśmy, też było poniekąd świątynią. Przed kasatą znajdował się tutaj klasztor dominikanek. Więc ta energia też tu jest. Dzięki bibliotece poznałam wiele fantastycznych ludzi. I nie myślę tylko o zapraszanych gościach, ale także o moich koleżankach, kolegach z biblioteki, czytelnikach. Uczę się dzięki bibliotece. My, bibliotekarze, musimy znać odpowiedzi na milion różnych pytań czytelników, a przynajmniej wiedzieć, gdzie odpowiedzi szukać. Na tym ten zawód polega.
Czego nadal czytelnicy szukają w książkach?
– Przez lata, gdy ktoś potrzebował rzetelnych informacji, przychodził do biblioteki i korzystał z Encyklopedii lub innych wiarygodnych źródeł. Na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy dopiero wchodziły nowe technologie, a można je było poznawać głównie poprzez wydawnictwa drukowane, czytelnicy szukali informacji specjalistycznej. Paradoksalnie, gdy wszedł internet, funkcja biblioteki się nie zmieniła. Internet, sztuczna inteligencja, dają możliwość szybkiego dostępu do informacji nie zawsze rzetelnej, sprawdzonej. Biblioteka pozostaje nadal miejscem, w którym weryfikujemy informacje. Nadal jest bardzo dużo czytelników, którzy po prostu chcą przeczytać lub wypożyczyć książkę dla samej przyjemności czytania. I to niekoniecznie musi być od razu James Joyse czy Martin Heidegger. Mój profesor, nieżyjący już Jacek Wojciechowski, twierdził: sam proces czytania wytwarza w naszym mózgu procesy wspierające jego funkcjonowanie. I ja się z tym zgadzam. Poszukiwania czytelnicze się zmieniają. Była moda na kryminały skandynawskie, literaturę iberoamerykańską, włoską. Ludzie potrzebują miejsca, w którym się mogą spotkać. Dało się to zauważyć głównie po pandemii. Potrzebowali przyjść, spotkać się, porozmawiać. Biblioteki nadal są miejscem, za które nie trzeba płacić, można za darmo wypożyczyć dowolną książkę. Zawsze mnie to fascynowało: w bibliotece obok siebie możesz znaleźć na przykład Dmowskiego i Lenina. Dostępność różnych spojrzeń na świat, różnych literatur.
Czy literatura, poezja, biblioteki mają przyszłość w cyfrowym świecie?
– Jasne. Coraz bardziej to widać. I to nie jest tylko moje odczucie, chociaż moje też takie jest. Biblioteki mają – jak to określił Amerykanin, Nassim Nicholas Taleb – gen antykruchości. Przetrwały tysiące lat. Damy sobie radę. Im bardziej jest ciężko, tym biblioteki lepiej przystosowują się do nowych funkcji. Na moich oczach, przez te czterdzieści lat, biblioteki się zmieniały. Przeszły drogę od elitarnej instytucji dla wtajemniczonych do koncepcji całkowitej otwartości dla czytelników. Zbiory są dla czytelników, usługi są dla czytelników. Wszystko, co robimy, jest podporządkowane ich potrzebom.
Pracujesz i pracowałaś z ciekawymi ludźmi. Ostatnio napisałaś bardzo ciepłe, wzruszające wspomnienie o Halinie Zahel, wieloletniej przemyskiej bibliotekarce. Co znaczą dla Ciebie te relacje?
– W życiu chodzi o ludzi, z którymi się spotykamy na swojej drodze. O relacje. Gdyby nie Ewa, o której wspomniałam, to pewnie byłabym w zupełnie innym miejscu. Halinka to była kopalnia wiedzy. Wiedziała, gdzie co jest, gdzie co stoi. Jeżeli ktoś potrzebował informacji, na przykład o przewodzie pokarmowym, bezbłędnie potrafiła doradzić coś, czego dana osoba potrzebowała. Była niezwykle ciepłą, życzliwą i pomocną osobą. Im jestem starsza, tym częściej daję sobie i innym prawo do błędów. Gdy człowiek znajdzie się w sytuacji dyskomfortowej dla siebie, to wsparcie kogoś obok jest niezwykle ważne. I co istotne: bibliotekarz nie może sobie pozwolić na ocenę czytelnika, czyli tak naprawdę nie powinien oceniać drugiego człowieka.
Jesteś ważną postacią przemyskiej biblioteki. Pełnisz funkcję kierowniczą. Organizujesz spotkania autorskie z literatami, poetami. Aranżujesz wydarzenia promujące czytelnictwo. Przez kilka dekad wykonałaś ogromną pracę u podstaw. Trudno wyobrazić sobie przemyską bibliotekę bez Ciebie, a jednocześnie jesteś osobą bardzo dyskretną, nie gniewaj się, nawet lekko schowaną. Tak jakbyś chciała poinformować czytający Przemyśl: ja tu jestem mniej istotna, ważni są twórcy i ich książki. A ty? Gdzie w tym pokoleniowym marszu jesteś Ty?
– Idę w pokoleniowym marszu przemyskich bibliotekarzy, którzy od 1947 roku świadczą usługi w bibliotece publicznej. Różnica polega tylko na tym, że my nie czyścimy ubrań, nie jesteśmy pralnią. Z całym szacunkiem dla osób pracujących w pralni. Jesteśmy instytucją, która dostarcza wiedzy, informacji, rozrywki, czasem pretekstu do jakiejś autorefleksji. Czuję się jak trybik. Nie uważam, żebym była jakoś szczególnie ważna. To bardzo miłe, co powiedziałeś, ale mnie to krępuje, gdy słyszę o sobie takie rzeczy. Dają mi natomiast ogromną satysfakcje takie zdarzenia, a miałam ich kilka, gdy po wielu latach przychodzą do mnie z życzliwym słowem czytelnicy, u których udało mi się odkryć ich pasję do czytania. I chyba po to jest się bibliotekarzem.
Dziękuję za rozmowę
Artur Wilgucki
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze