Mniej więcej trzy tygodnie temu zobaczyłem pierwszą czerwoną czapkę Mikołaja. Ubrana w nią była sympatyczna ekspedientka w sklepie z zabawkami. Potem, im bliżej szóstego grudnia, czerwonych czapek przybywało. Te bardziej bajeranckie miały nawet obszycie z białego futerka. Mikołajowe czapki ubierali handlarze na bazarach, sprzedawcy w sklepach, przed marketem paradował parkingowy w czerwonej czapce, nawet pewna fryzjerka strzygła klientów w mikołajowym przebraniu.
Wtedy przypomniały mi się wspomnienia śp. Jana Kosidowskiego, nestora polskich fotoreporterów, który opowiadał, jak to wykończyli go Mikołaje. Na początku lat sześćdziesiątych Kosidowski pracował w zakładzie fotograficznym w Stanach Zjednoczonych i im bliżej było grudnia. z automatów wywołujących odbitki zaczęły wypadać zdjęcia z Mikołajami. Dzień w dzień setki, tysiące Mikołajów i tego ambitny artysta już nie wytrzymał. Porzucił pracę, tłumacząc, że Mikołaje go wykończyły. Działo się to w czasach, kiedy u nas Mikołaja próbowano zastąpić Dziadkiem Mrozem, co – jak wiemy – się nie udało. Wtedy dzieci czekały na ten jeden, jedyny dzień w roku, żeby z nosami przylepionymi do okna wypatrywać brodatej postaci w czerwonym stroju. Dzisiaj Mikołaj jednego dnia przychodzi do nich w przedszkolu, drugiego pojawia się na Rynku, trzeciego w galerii, później w domu i mikołajowe szaleństwo trwa przez tydzień. Stało się to, co kiedyś w Stanach. Mikołaj został zawłaszczony przez wszechobecny marketing i dopiero przed świętami znika zastąpiony choinką.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze