Gdyby rano, 4 lipca, ktoś niewtajemniczony trafił w okolic bramy fortecznej „Sanocka dolna” byłby bardzo zaskoczony tym, co tam się dzieje.
Na niewielkim dziedzińcu przy austriackiej wartowni kłębiło się kilkadziesiąt osób. Jedni w pośpiechu przebierali się w nowe sorty mundurowe w postaci zielonych koszulek, oficerowie w pełnym galowym umundurowaniu próbowali zapanować nad wszechobecnym bałaganem, a damy w długich balowych sukniach przypatrywały się rekrutom stającym przed komisją lekarską. Nagle tłum znieruchomiał. Od strony ulicy Sanockiej nadchodził cesarz Franciszek Józef w towarzystwie dwóch dam, co natychmiast zrodziło pytanie, która z nich jest tą pierwszą? Szwejki, którzy zjechali na 29. Manewry Szwejkowskie w Twierdzy Przemyśl wznieśli okrzyk powitalny, a cesarz rozdając na lewo i prawo dobrotliwe uśmiechy łaskawie zgodził się na grupowe zdjęcie. Potem jeszcze były „selfie” i zrobił się bałagan, który generał CK Zbigniew Różycki próbował uciszyć używając ręcznego megafonu.
W tym rozgardiaszu udało mi się wypatrzeć Leszka Mazana znawcę „Szwejka”, autora wielu książek o dobrym wojaku i o czasach CK monarchii – guru wszystkich szwejków. Przypomniałem jak kiedyś robiłem mu zdjęcie, kiedy wizytował latryny oficerskie w forcie nr 1 Salis Soglio i poprosiłem o komentarz do tego, co się tu dzieje. – Zjechała się szwejkowska gwardia do Przemyśla i bardzo dobrze. Cesarz też przyjechał, a był miłościwym władcą, na co dowodem jest szybkość, z jaką udzielał audiencji. Zgłaszało się w poniedziałek, a już w czwartek można było zostać przyjętym. Na monarszym dworze przestrzegano, że nasz stareńki cesarz nie lubi, kiedy ktoś rezygnuje z pocałowania monarszej ręki, albo, co gorsze, w obecności cesarza puszcza wiatry. Ponieważ cesarz był miłościwym, to manewrom nadano taki właśnie kryptonim. Wracając do tych odbywających się teraz, to nie ma lepszego miejsca na świecie niż Przemyśl. Tutaj też powinni przyjeżdżać prezydenci z różnych krajów, bo Przemyśl to nie jest byle, co – zakończył Mazan. Obecny na manewrach cesarz dał również dowód miłościwości pozwalając, by jedna z towarzyszących mu dam, wzięła na ręce czteromiesięcznego Antka.
Chwilę później Cesarz chwycił za megafon i zapowiedział start „wolnobieżnego regimentu cyklistów” do rajdu „Szlakiem Szwejka”. Monarcha rzucił gospodarskim okiem na stan ogumienia i ciśnienie w kolach, po czym zezwolił na start. Tymczasem generał CK Różycki zapowiedział wypad w celu zdobycia fortów VII Łętownia, IX Bruner i XI Duńkowiczki, nazwany dla niepoznaki wycieczką autokarową. Miałem zamiar zobaczyć jak będą szturmować te, już kilka razy zdobywane forty, ale jacyś dwaj w zielonych koszulkach chodzili za mną w krok w krok i bardzo podejrzliwie mi się przyglądali, zwłaszcza, kiedy robiłem zdjęcia. Przypomniałem sobie, jak czytałem we wspomnieniach, że podczas oblężenia Twierdzy wszędzie wypatrywano rosyjskich szpiegów, którzy potem kończyli na Winnej Górze na tak zwanej górce straceń. Nawet Szwejka aresztowano pod zarzutem szpiegostwa, ale jakoś udało mu się wytłumaczyć. Spojrzenia tych dwóch nie wróżyły niczego dobrego, a znajomy żandarm Wiesiek akurat dzisiaj nie miał służby, więc nie chcąc narazić się na podejrzenia odpuściłem relacje ze szturmów. Potem, z oficjalnego komunikatu, dowiedziałem się, że zamierzone cele osiągnięto i żadnych strat nie było.
Po każdym udanym szturmie armii coś się należy, więc dowództwo manewrów przygotowało szwejkowską biesiadę. Tym razem przy Zamku Kazimierzowskim, co było udanym pomysłem gdyż lepiej biesiaduje się obok starej baszty niż przy niezbyt porywającej architekturze nieczynnego już hotelu. Teraz nie trzeba było nikogo dyscyplinować. Szwejki karnie zajęli miejsca przy stołach. Największym powodzeniem cieszyły się kiszone ogórki, przygotowane przez naczelnego kucharza twierdzy, pułkownika Andrzeja Burka, który zdradził swój przepis: ogórek musi być jędrny, ale twardy, najlepiej z własnego ogrodu. Moczony trzy dni, w kamionce w zalewie z dodatkiem czosnku, chrzanu i liści dębu, które dają ładny zapach. Po konsumpcji, kiedy już zniknęły wszystkie ogórki nadszedł czas na nominacje szwejkowskie i oficerskie oraz dekoracje medalami „Obrońca Twierdzy Przemyśl”. Potem było chóralne śpiewanie pieśni popularnych w szeregach CK armii i tańce, a w międzyczasie trwała licytacja szwejkowskich pamiątek na rzecz piesków ze schroniska w Orzechowcach.
Niedziela była ostatnim dniem manewrów. Po wspólnej fotografii na „Schodach Rycerskich”, w klubie „Niedźwiadek” zaczęło się otwarte spotkanie z Andrzejem Grabowskim, autorem książki „ Dalsze przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej”. Następnie obradowało „Ogólnopolskie Forum Szwejkowskie”, podczas którego szwejkolodzy i haszkolodzy debatowali o przyszłości. Kolejnym punktem programu był konkurs palenia fajki szwejkowskiej firmy Mr Bróg. Dla tych, którzy jeszcze byli na siłach czekał przewodnik żeby pokazać atrakcje nadsańskiego grodu i zbiory Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej. Na koniec generał Różycki ogłosił zakończenie „miłościwych” manewrów i dał rozkaz do rozśrodkowania.
Pomimo, że na manewrach wszystko było ściśle tajne udało mi się uzyskać informacje o uczestnikach. Na29. manewry stawiły się regimenty z Budapesztu, czeskie z Pragi, Kralup i Ołomuńca, oraz krajowe z Gdańska, Starogardu, Piły, Warszawy, Śląska, Krakowa, Cieszyna, Kielc, Rzeszowa i powiatu przemyskiego.
J.S
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze