Była jedyną reprezentantką Polski w tym prestiżowym konkursie. Jej praca na tyle zachwyciła jury, że wyjechała z Paducah w stanie Kentucky w Stanach Zjednoczonych z trzecim miejscem. Jest jedyną – jak do tej pory – Polką, która stanęła na podium tej imprezy. To kolejny sukces artystki patchworku Sylwii Ignatowskiej z Żurawicy.
Konkurs AQS QuiltWeek 2024 w tym liczącym ok. 25 tys. mieszkańców ośrodku administracyjnym hrabstwa McCracken w zachodniej części stanu Kentucky, nazywanym na początku istnienia Pekinem, ma swoją rangę i prestiż. Swoje prace prezentują na nim artyści z niemal wszystkich kontynentów.
– Co roku AQS QuiltWeek jest bardziej ekscytujący. W tym roku świętował 38. rocznicę QuiltWeek Paducah Show i 40. American Quilter’s Society. Nie jest łatwo sobie wyobrazić, że człowiek jest otoczony inspirującymi, kolorowymi kołdrami, szumem kreatywności i przyjaznymi quilterami. Możesz podziwiać wspaniałą wystawę ponad 625 kołder, a jeśli wśród nich znajduje się także moja „Challenge”, która zdobyła trzecie miejsce, jesteś prawie w niebie
Reklama
– powiedziała S. Ignatowska.

Praca pani Sylwii pod tytułem „Wyzwanie”, czyli „Challenge”. Ze zbiorów Sylwii Ignatowskiej.
Patchwork to sztuka i styl. Klasyczny oparty jest na powtarzających się wzorach, zbudowanych z różnych kształtów tkanin o różnych kolorach. Te są starannie odmierzane i wycinane w podstawowe kształty geometryczne, dzięki czemu łatwo je połączyć, czyli zszyć.
Ale pani Sylwia rozpoczynała od tzw. haftu krzyżykowego. Jej pierwszą pracą był portret Wikinga. Ale zachorowała i nie mogła kontynuować tego dzieła. Musiała się przerzucić na coś innego. Przeglądała internet i trafiła na amerykańskie strony, gdzie znalazła art quiltsy, czyli patchworki artystyczne. Nie miała żadnych wątpliwości. To było to![paywall]
Jest kilka poziomów patchworków. Ten z absolutnego topu nazywa się art quilt, to patchwork artystyczny. Pierwszym jej art quiltem były magnolie. Powstały 16 lat temu.
Pomysł rodzi się ze zdjęć. Potem na tablecie robi projekt własnej pracy, inspirowany zdjęciem. Drukuje go, kładzie obok zdjęcie i zaczyna dobierać tkaniny. Jeśli nie ma odpowiedniej, farbuje. Różnymi sposobami. Wybielaczami, śniegiem, rdzą itp. Wycina kawałki (jedne mogą mieć kilkanaście milimetrów, jak choćby kropla wody, drugie kilkadziesiąt centymetrów) i zaczyna tworzyć, nakładając kolejne elementy tkanin. Wykonanie jednej pracy trwa kilkanaście godzin, innej kilkanaście dni.
Po raz pierwszy odważyła się pokazać swoje prace w 2018 r. na wystawie „Biało Czerwona”, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Polskiego Patchworku. Odbył się także konkurs o tej samej nazwie. Zdobyła pierwszą nagrodę. Ale to nie był pierwszy sukces. Ten przyszedł rok wcześniej w konkursie „Pomarańczowo mi…”, zorganizowanym przez firmę Fiskars. Potem były laury m.in. w: Pradze, Żyrardowie, Brnie czy Birmingham.
– Najbardziej dumna jestem z tej pracy, która wygrała w angielskim Birmingham. Obraz pod nazwą Gaja. Zakochałam się w nim i chciałam, aby do mnie wrócił. Trafił jednak na wystawę w Londynie i tam znalazł się na niego kupiec. Kupił, ale nie może się z tej pracy cieszyć, bo została skradziona. Podobnie jak druga zwycięska praca artystki z Chin
– powiedziała pani Sylwia.
Do konkursu w Paducah zgłosiła się… przypadkowo.
– Były qulity małe, duże, ręcznie lub maszynowo pikowane. W konkursie było aż czternaście kategorii. Moja praca miała tytuł „Wyzwanie”, czyli „Challenge”. To nie jest klasyczny patchwork, złożony z kawałków tkaniny. To mikroquilting. Czarny materiał został przepikowany maszynowo na longarmie, czyli dużej maszynie do szycia
Reklama
– wytłumaczyła pani Sylwia.
Praca tak się spodobała, że zajęła trzecie miejsce. Sponsorem nagrody za tę lokatę była firma Juki America, Inc. Jak jury scharakteryzowało to dzieło?
Nic dodać, nic ująć.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze