Jesteśmy świadkami odchodzenia z ziemskiego „padołu” do życia wiecznego naszych bliźnich, którzy przez swe doświadczenia z okresu II wojny światowej, siermiężnych powojennych lat PRL, tak ukształtowali swój charakter, że żyli nie tylko dla siebie, ale i dla innych, a niektórzy nawet przede wszystkim dla innych. Widząc na własne oczy kruchość życia ludzkiego w czasie niemieckiej i sowieckiej okupacji, a także codzienną biedę, często w domu rodzinnym, wyrośli jako ludzie wrażliwi na otaczający ich świat i potrzeby innych ludzi. Mieli wrodzoną potrzebę dzielenia się z innymi, tak dobrami materialnym, jak wiedzą oraz doświadczeniem. Takim człowiekiem był niewątpliwe zmarły 16 czerwca ks. prof. Tadeusz Śliwa.
Ks. prof. Tadeusz Śliwa był najstarszym kapłanem nie tylko archidiecezji przemyskiej, ale i całej metropolii. Odszedł w wieku 98 lat, zachowując do końca, mimo coraz słabszych sił fizycznych, sprawność umysłu i ciekawość otaczającego świata.
Urodził się 11 listopada 1925 r. we wsi Wysoka Strzyżowska w wielodzietnej rodzinie Stanisława i Bronisławy Śliwów. Ochrzczony w miejscowym kościele pw. św. Józefa pod okiem rodziców kształtował swoją pobożność. Naukę rozpoczął w miejscowej szkole ludowej, a następnie kontynuował ją w pobliskim Strzyżowie. Przerwała mu ją II wojna światowa, a następnie śmierć ojca. Musiał pomagać matce i opiekować się rodzeństwem. Wielokrotnie cierpiąc biedę, mimo to kontynuował naukę w Gimnazjum Kupieckim i Liceum Handlowym w Strzyżowie. Jednocześnie pracował fizycznie w miejscowym zakładzie Kółek Rolniczych.
Po uzyskaniu matury w 1947 r. wstąpił do przemyskiego Seminarium Duchownego i po 5 latach nauki, 22 VI 1952 r., w przemyskiej katedrze przyjął z rąk ówczesnego ordynariusza ks. bp. Franciszka Bardy święcenia kapłańskie, ku wielkiej radości całej rodziny, a zwłaszcza ukochanej matki. Posługę kapłańską rozpoczął jako wikariusz w parafii w Raniżowie (1952–1953), a następnie kontynuował ją w Hyżnem (1953 – 1956). Pragnął się jednak kształcić się dalej. Uzyskując na to zgodę ordynariusza, w 1956 r. rozpoczął studia specjalistyczne na Wydziale Teologicznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ale po pewnym czasie wpisał się jednocześnie na Wydział Humanistyczny. W 1958 r. uzyskał licencjat z teologii na podstawie pracy o działalności biskupa reformatora Jana Dziaduskiego, ordynariusza przemyskiego w latach 1545 – 1559, napisanej pod kierunkiem wybitnego historyka dziejów powszechnych ks. prof. Mieczysława Żywczyńskiego.
Mistrz od razu zauważył zdolnego i bardzo pracowitego studenta, który prócz filozofii, teologii, języka łacińskiego, wykazywał duże zainteresowania dziejami chrześcijaństwa. Dlatego też został promotorem jego doktoratu z teologii.
Podczas wizyty w PWSW w Przemyślu./S.Stępień

Ks. Śliwa jednocześnie z przygotowywaniem doktoratu uczęszczał na seminarium historyczne na Wydziale Humanistycznym KUL, prowadzone przez młodego wówczas doktora, wybitnego późniejszego historyka, Jerzego Kłoczowskiego. W 1962 r. pod jego kierunkiem obronił magisterium na podstawie pracy „Skład osobowy Kapituły przemyskiej w początkach XVII wieku”, a równocześnie w tym samym roku obronił doktorat z teologii na podstawie rozprawy pt. „Diecezja przemyska w połowie XVI wieku”, której promotorem był jego dawny mistrz ks. prof. Mieczysław Żywczyński.
Po powrocie do diecezji pracował jako wikariusz w Trześniowie (1963 – -1964) i Rzeszowie-Staromieściu (1964 – 1965). W 1965 r. decyzją biskupa ordynariusza powrócił do Przemyśla i rozpoczął wykłady z historii Kościoła w Seminarium Duchownym, początkowo w charakterze zastępcy profesora, a następnie profesora tegoż przedmiotu. Zaczął wówczas drukować pierwsze swoje prace naukowe, najpierw na łamach „Kroniki Diecezji Przemyskiej”, a następnie innych periodyków. Te jego zainteresowania i zamiłowanie do pracy naukowej spowodowały, że został w 1969 r. został wysłany do Rzymu, gdzie w archiwach watykańskich zaczął gromadzić materiały do przyszłej pracy habilitacyjnej. Uczęszczał tam również na wykłady w Papieskim Instytucie Orientalnym.
Po dwóch latach powrócił na stanowisko profesora w przemyskim seminarium. Prócz historii Kościoła wykładał przez lata także patrologię, metodykę pracy naukowej, a przez pewien czas także język łaciński. Kierował seminaryjną biblioteką. Wobec studentów był bardzo wymagający, ale i sprawiedliwy. Bardzo starał się o to, aby kleryk, który nie uzyskał pozytywnej oceny, nie odchodził z egzaminu załamany, ale z przekonaniem, że wymagany programem materiał jest mu osobiście bardzo potrzebny jako przyszłemu kapłanowi.
Pamiątkowa fotografia z uroczystości nadania ks, prof. T. Śliwie członkostwa honorowego TPN./ks. Piotr Czernecki

Kontakty z lubelskim środowiskiem naukowym spowodowały, że rektor powierzył mu organizację i prowadzenie seminarium magisterskiego. Pod jego kierunkiem kilkudziesięciu alumnów uzyskało stopień magistra w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, potem wielu doktorat, a niektórzy nawet habilitację i profesurę. Śledził ich kariery naukowe, pomagał, doradzał i był z nich bardzo dumny. Sam zaś z czasem stał się jednym z najwybitniejszych w Polsce znawców Kościoła Wschodniego, zwłaszcza greckokatolickiego. Cały czas dużo na ten temat publikował. Spod jego pióra wyszło ok. 300 różnych publikacji: książek, artykułów, recenzji, dokumentów, przyczynków. W międzyczasie dojeżdżał z wykładami z historii Kościoła Wschodniego prowadzonymi na Wydziale Historii Kościoła Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie.
Funkcję profesorską i naukową zawsze łączył z posługą duszpasterską, nigdy nie zapominał, że jest przede wszystkim kapłanem. Przez wiele lat był kapelanem ss.albertynek oraz w Zakładzie Opieki Leczniczej w Przemyślu. Znacząco przyczynił się do rozbudowy domu zakonnego i znajdującej się w nim kaplicy, na której budowę aktywnie kwestował. Posługiwał wśród chorych, opuszczonych i nieszczęśliwych, nigdy też nie odmawiał jałmużny osobom, które zapukały do jego drzwi. Sam zdecydowanie unikał wszelkich odznaczeń i godności kościelnych.
Wzorem był dla niego św. brat Albert i tak jak on żył ubogi wśród ubogich. Wielkimi wzorcami byli dla niego błogosławieni przemyscy kapłani Jan Balicki i Bronisław Markiewicz. Wydał drukiem ich biografie, które – już będąc na emeryturze – rozdawał klerykom, zachęcając aby poznawali ich życie i naśladowali kapłańską posługę.
Sam od urodzenia nie był dobrego zdrowia, a dożył niemal 99 lat. Co go tak trzymało przy życiu? Z pewnością nieustająca chęć pracy, zainteresowania naukowe i wciąż niekończąca się chęć pisania o przeszłości Kościoła i ludzi. Niemal do ostatnich dni planował coś drukować. Bardzo chciał na nowo opracować i poszerzyć swe broszurki o biskupach Tadeuszu Błaszkiewiczu i Stefanie Moskwie, których obdarzał szczególną estymą.
Nie był człowiekiem wylewnym, ale ciepłym wewnętrznie i uczynnym. Bardzo lubił, gdy się go odwiedzało. Pytał o wszystko, choć w ostatnich latach życia to głównie o starszych wiekiem braci w kapłaństwie. Bardzo przeżywał wojnę na Ukrainie. Mówił, że wciąż ma przed oczami złote kopuły kijowskich cerkwi. Miasto, które kiedyś spontanicznie odwiedził i był nim zachwycony.
Ks. Tadeusz Śliwa/archiwum

Odszedł człowiek, kapłan i uczony. Na polu naukowym był mistrzem nie tylko dla tych, co słuchali Jego wykładów, co pisali u Niego prace, ale także dla tych, którzy wzorowali się na jego pisarstwie, słuchali jego życzliwych rad i zachęt do badań historycznych. Spoczął, zgodnie ze swym życzeniem, na cmentarzu parafialnym w rodzinnej Wysokiej Strzyżowskiej, wśród grobów swych najbliższych, rodziców, rodzeństwa i krewnych. W Przemyślu pozostawił po sobie dobrą pamięć. Wielu długo wspominać będzie Jego charakterystyczną postać, wysokiego, szczupłego starszego pana, zawsze w sutannie lub czarnym garniturze, koszuli zawsze z koloratką i nieodłącznym baskijskim beretem, noszonym nawet w lecie.
Pozostawił po sobie duży dorobek pisarski, bez zapoznania się w nim nie da się pisać o dziejach Kościoła rzymskokatolickiego w metropolii przemyskiej, a także Kościele greckokatolickim i innych wyznaniach chrześcijańskich.
Śp. ks. prof.Tadeusz Śliwa odszedł tak jak żył – cicho, bez rozgłosu. Ci, co Go znali, zawdzięczają mu tak wiele, zarówno jako człowiekowi, jak i uczonemu.
Stanisław Stępień
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze