We wsi Huta Brzuska, skrytej w cieniu podkarpackich wzgórz porośniętych lasami, toczyło się spokojne, wiejskie życie, pełne codziennych trosk i radości. W połowie października noc stawała się coraz dłuższa, a poranne mgły spowijały całą okolicę jak subtelny woal, przynoszący chłód i wilgoć. Dzieci, których było tu grubo ponad setkę, uczyły się w miejscowej szkole; natomiast dorośli zajmowali się obowiązkami gospodarskimi, od czasu do czasu tylko spotykając się towarzysko we własnych domach, albo w gospodzie Łozińskiego.
Antoni Łoziński, przybył tu po wojnie z Dobromila, wybudował dom i założył gospodę. Jako człowiek posiadający trudną do zrozumienia, nieodpartą energię, szybko zdobył poważanie wśród miejscowej społeczności. Miał zdolność przyciągania ludzi do siebie, która wieczorami czyniła z jego gospody centrum życia wiejskiego.
Pewnego październikowego wieczoru, gdy gwiazdy, jasne i skrzące, ledwie rozświetlały czarne niebo, do gospody Łozińskiego wbiegła Janina Bednarz. Była to kobieta już niemłoda, ale wciąż bardzo atrakcyjna. Pracowała jako sprzątaczka w Przemyślu. Jej twarz, zazwyczaj pełna spokoju, teraz była skurczona w przerażeniu, a włosy potargane.
– Diabeł! Diabeł! – krzyczała, a jej głos rozniósł się po izbie niczym echo odległej burzy.
Wtargnięcie kobiety na chwilę przerwało rozmowy, a twarze zgromadzonych przybrały wyraz zaskoczenia.
– Uspokój się, Jaśka, siadaj i opowiadaj, jak to było – odezwał się gospodarz Łoziński, ocierając dłonie o fartuch i nalał jej herbaty do kubka.
Do izby wszedł Mieczysław Antosz, wiejski kpiarz, rolnik o uśmiechu bardziej chytrym niż życzliwym. Włosy też miał w nieładzie, a gumowe buty trochę ochlapane błotem. Nic nie powiedział, tylko usiadł przy swoich kumplach, którzy odsunęli się, robiąc mu miejsce przy stole.
Kobieta, z trudem odzyskując oddech, zaczęła mówić:
– Wracałam z Przemyśla ostatnim autobusem. Szłam pieszo tą ścieżką, przez Krępak. Księżyc świecił jasno, ale nagle... nagle zza tarniny wyskoczył diabeł! Z rogami! I tak dzwonił łańcuchem, że wciąż to brzęczy mi to w uszach.
Gdy kobieta wypowiedziała słowo „diabeł”, twarze obecnych w izbie mężczyzn przybrały wyraz lekkiego rozbawienia, bo nikt tu jeszcze diabła nie widział.
Mieczysław Antosz, poruszywszy się leniwie, otworzył usta.
– Diabeł, powiadasz... Cóż, Jaśka, nie bój się, że odebrało ci rozum, bo ja też tego diabła widziałem – powiedział z charakterystycznym dla siebie drwiącym uśmiechem.
Zapanowała cisza, a obecni spojrzeli na Antosza, nie dowierzając. Był znany z przesady, a jego opowieści potrafiły budzić więcej wesołości niż strachu. Jednak teraz, mówił poważnie, a w jego tonie brzmiała nuta, która wskazywała, że tym razem to nie jest żart.
– Tak? – odezwał się Łoziński, unosząc brew. – A cóż to za diabła ty też widziałeś?
Antosz westchnął ciężko, jakby wkraczał w świat tajemnic, które niechętnie miał zdradzać. I rozsnuł przed słuchaczami barokową opowieść, jak to w księżycowej poświacie ukazał mu się piekielny stwór.
Od tego wieczoru strach padł na wieś. Ludzie bali się pojedynczo wychodzić po zmroku. A diabeł pojawiał się, to tu, to tam, i zapędzał tych, których spotkał, z powrotem do domów, albo do gospody Łozińskiego.
Kilka tygodni później Andrzej Fac, drobny mężczyzna, który pracował w tartaku w Birczy, wracał do domu po dniu ciężkiej roboty. Mówiono na niego „kawał chłopa”, bo zawsze starał się udawać większego, niż był. Tego wieczoru wracał od szwagra, gdzie pomagał naprawiać dach stodoły, i choć zwykle wracał wesoły, tym razem czuł się dziwnie niespokojny.
Śnieg leżał na polach, księżyc oświetlał ścieżkę, a pod nogami chrzęścił lód. Szedł szybkim krokiem, bo zimno szczypało w twarz, ale też... coś dziwnego wisiało w powietrzu. I nagle, jakby wyrosły z ziemi, stanął przed nim diabeł. Wysoki, z rogami i widłami w rękach, a z czerwonej kufajki podzwaniały mu łańcuchy.
– Diabeł! – krzyknął Fac i rzucił się do ucieczki, biegł tak, że oddech mu się rwał, a nogi grzęzły w śniegu. Ale diabeł nie odpuszczał. Wyprzedził go, jakby znał każdy zakręt i każdy kamień.
W końcu Fac, widząc, że nie ma gdzie uciec, stanął, chwycił pierwszy lepszy kij, który znalazł pod nogami, i wzniósł go nad głowę.
– Duchu odejdź! Bo ja jestem kawał chłopa! – zawołał, choć głos mu drżał.
I wtedy diabeł, ten straszliwy bies, roześmiał się. Śmiech zabrzmiał znajomo. Fac, zdziwiony, przyjrzał się lepiej zjawie i nagle zrozumiał, że to nie żaden bies, tylko Mieczysław Antosz.
– Ty, gnoju! – krzyknął i rzucił się na Antosza, wyrwał mu widły i zaczął go nimi okładać, aż tamten rzucił się do ucieczki w stronę gospody.
Antoni Łoziński, który wyszedł na swoje podwórze, zaniepokojony krzykami,; próbował pohamować amok Faca.
– Andrzeju, uspokój się, to tylko żarty!
– Żarty?! Prawie umarłem ze strachu! Na milicję pójdę!
– Daj spokój. Chodź, napijemy się wódki. Nikt nie musi o tym wiedzieć.
Po zakrapianych negocjacjach, Andrzej dał się przekonać. W końcu, nikt w Hucie Brzuskiej nie potrzebował większych kłopotów. Jednak, od tamtej nocy, we wsi, zamiast jednego diabła, zaczęło straszyć dwóch. Wieczorne spacerowanie stało się niebezpieczne, a mieszkańcy zaczęli omijać ciemne ścieżki szerokim łukiem. Nawet milicjanci z posterunku w Birczy, którzy często przejeżdżali się wiejską drogą na motocyklach, niewiele zdołali pomóc.
Aż pewnego wieczoru, komendant posterunku, sierżant Bolesław Kozicki, znany ze swojego twardego charakteru, odwiedził gospodę. Po kilku głębszych, które wypił z gospodarzami, wyciągnął pistolet i oparł go o stół.
– Chłopy, koniec z tymi diabłami. Jak dorwę któregoś, to zastrzelę go na miejscu. Słyszycie?
Od tego czasu diabeł z Huty Brzuskiej rozpłynął się w powietrzu. Przepadł i nikt więcej już o nim nie słyszał.
Ryszard Hop
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze