Reklama

„Dobry człowiek…” – wspomnienie o doktorze Janie Hołówce, człowieku zwykłym, a jednak niezwykłym

16/05/2026 18:04

Doktor Jan Hołówka odszedł 19 kwietnia 2020 roku. Dla tych, którzy go znali, był postacią wyjątkową – zawsze uśmiechnięty, zarażający humorem i optymizmem, chętny do niesienia pomocy. Organizator niezliczonych społecznych inicjatyw. Doświadczony onkolog i ginekolog, który do ostatnich dni życia nie zrezygnował z praktyki lekarskiej. Osoba znana, ceniona i szanowana w całym mieście.


Można by długo wymieniać Jego zasługi. Sam jednak pozostawał skromny – nie lubił się chwalić ani nachalnie reklamować. Tak opisywali Go ci, którzy spotykali Go na co dzień. Podobnie postrzegany był w kręgu rodzinnym. Wspominany przez mojego ojca, Ireneusza Hołówkę, pozostaje osobą wyjątkową. Nawet dziś, podczas rozmowy o Nim, głos ojca nabiera ciepła.

Ojciec często odwiedzał wujka doktora – nie tylko po to, by pomóc w codziennych sprawach, jak naprawa pieca, ale przede wszystkim po prostu porozmawiać. Mówi, że doktor był dla niego niczym ojciec – zawsze wysłuchał, doradził. I działało to w obie strony.

Reklama

Zapytany, co mógłby powiedzieć o doktorze, odpowiedział:

– Co ja mogę powiedzieć o doktorze? Że zbliża się wiosna, a wraz z nią kolejna rocznica śmierci Dobrego Człowieka i Honorowego Obywatela Miasta Przemyśla.

– Dlaczego „dobrego człowieka”?

– Bo był dobrym człowiekiem. Umiał rozmawiać ze wszystkimi, do każdego się uśmiechał, dla każdego miał czas. Nikogo nie odrzucił.

– Mówisz, że był dobry – dla Ciebie i dla innych. A dlaczego dla Ciebie był taki ważny?

– Kiedy przychodziłem do niego, by w czymś pomóc albo o coś zapytać, siadaliśmy przy kawie i rozmawialiśmy. O różnych rzeczach. Opowiadał o dawnych czasach – jak za młodu spacerował, odwiedzał rodzinę, pracował. Lubił dobrą książkę. W latach 60. pasjonował się fantastyką. Chodził do mojej babci, która miała dużą bibliotekę domową i wypożyczał po kilka książek. I w ten sposób przenosił się w inne światy, inne życie, inne myśli.

Reklama

Kiedyś opowiadał, jak pojechał w Bieszczady do porodu. Gdy przyjechał i odebrał dziecko, zastała go zima – podobna do tegorocznej, a może i gorsza. Zamiast wrócić następnego dnia, wrócił po trzech dniach. Gospodarz tak bardzo się cieszył, że świętował z panem doktorem. Szczęście było tym większe, że to był pierwszy syn.

– Co jeszcze wspominał ze swojej pracy?

– Opowiadał, jak jeździł z kolegami na prelekcje lekarskie. Mówił, że najlepszym zaproszeniem w latach 70. i 80. było ogłoszenie przez księdza proboszcza na kazaniu, że przyjadą „doktory” i będą badać.

Reklama

– Dlaczego akurat tak?

– Bo ksiądz na kazaniu był wiarygodny. Wszystkie panie przychodziły na badania. Inaczej mało kto chciał się badać. Czasem w urzędzie czy u sołtysa nikt się nie zjawiał. Ale jak ksiądz proboszcz powiedział – robiło się zatrzęsienie.

Lekarze jeździli w kilku – ginekolog, onkolog, kardiolog. W ramach akcji profilaktycznych, by dotrzeć do ludzi, którzy sami nie przyjeżdżali do przychodni.

Opowiadał też śmieszne historie z zespołem, który sam nazywał „regimentem Dobrego Wojaka Szwejka”. Był tam prezesem i długoletnim uczestnikiem. Wymyślali różne rzeczy – na przykład przeciąganie liny przez San, za które można było zdobyć beczkę. Stworzył regiment lekarzy, którzy podczas manewrów badali napotkanych na ulicy przechodniów.

Reklama

– Naprawdę lekarz podchodził do przypadkowej osoby i pytał, czy czegoś jej nie dolega?

– Tak. W imię Dobrego Wojaka Szwejka.

– A jak podchodził do własnego życia?

– Dziwnie. Nigdy nie miał samochodu.

– Ani prawa jazdy?

– Nie. Chciał zrobić, bo samochodem łatwiej podjechać, ale po pewnym wydarzeniu zrezygnował. Kiedyś był w komisji egzaminacyjnej na prawo jazdy – zasiadali w niej lekarz, policjant, strażak. Na stadionie zdawano na motor. Motocyklista miał zrobić dwa okrążenia, ale tak się rozpędził, że wjechał w stolik komisji i wszystko porozwalał. Doktor stwierdził wtedy: skoro mają być tacy kierowcy, którzy wjeżdżają w stolik, to on nie chce być kierowcą, w którego ktoś taki wjedzie.

Reklama

Był bardzo skromny. Nawet telewizora nie miał przez długie lata. Później kupił prosty, zwykły odbiornik. Żadnych większych sprzętów, żadnego samochodu. Mieszkał normalnie, jak każdy zwykły człowiek.

– Więc jak dojeżdżał do pracy?

– Autobusem. Albo szedł pieszo, jeśli przychodnia była blisko – najpierw na dworcu kolejowym, potem na Słowackiego, w końcu w szpitalu wojewódzkim. Czasem taksówką.

Pracował długo. Chciał pracować do końca. Był cenionym, trafnym diagnostą. Ja też mogę powiedzieć, że mnie uratował.

Reklama

Odwiedzali go kuzyni. Zjeżdżali się do niego – trzech, czterech. Opowiadali dawne historie, wspominali czasy wojenne i powojenne, jak dorastali. Mieli swoje czwartki, wtorki – spotykali się, by rozmawiać.

Na osiedlu, na ulicy wszyscy go znali. Działał w stowarzyszeniach, organizacjach. Z każdym rozmawiał, nigdy nie powiedział „nie mam czasu”. Zatrzymywał się, nawet jeśli miał się spóźnić – najpierw porozmawiał.

Kochał zwierzęta. Bardzo przeżył śmierć swojego psa, który wypadł przez bramę i został potrącony przez samochód. Lubił chodzić po sadzie, po ogrodzie.

Reklama

Wspominał ojca – legionistę, rannego w walce, który też był lekarzem. Sportowym, działał w klubach, w Polonii. Opowiadał o nim, o rodzinie, o moim dziadku, o kuzynach – Leszku, Jurku (moim ojcu), Czesławie. Spędzali razem dużo czasu.

Lubił łowić ryby. Kiedyś, już w starszym wieku, poszedł nad San. Siedział, siedział, a gdy chciał wstać, ugrzązł w bagnie. Po kostki w błocie. Dopiero po godzinie wyczołgał się na brzeg.

Tych historii było wiele – o pracy, o dawnych czasach, o rodzinie. Cieszył się z osiągnięć wnuka, który dobrze uczył się angielskiego. Kibicował mu w staraniach o medycynę. Miał cichą nadzieję, że to właśnie on pociągnie rodzinną tradycję i zostanie lekarzem.

Reklama

Historia doktora Jana Hołówki uczy, że prawdziwe dziedzictwo człowieka nie mierzy się tytułami ani dokonaniami spisanymi w dokumentach. Mierzy się pamięcią, jaką pozostawia w sercach innych. Jego życie było nieprzerwaną służbą drugiemu człowiekowi – nie tylko w gabinecie, ale w każdym geście życzliwości, w każdym uśmiechu, w każdej rozmowie.

Dla pacjentów był lekarzem, który dawał nadzieję. Dla mieszkańców – wizytówką miasta. Dla rodziny – fundamentem wartości, które trwają mimo upływu czasu. Dla nas wszystkich pozostaje dowodem na to, że można łączyć najwyższy profesjonalizm z niezwykłą skromnością i ciepłem.

Reklama

Pamięć o Nim nie zamyka się w przeszłości. Jest wciąż żywa – w rodzinnej tożsamości, we wspomnieniach, w inspiracji do dalszego niesienia dobra.

Małgorzata Hołówka

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości