Doktor Jan Hołówka odszedł 19 kwietnia 2020 roku. Dla tych, którzy go znali, był postacią wyjątkową – zawsze uśmiechnięty, zarażający humorem i optymizmem, chętny do niesienia pomocy. Organizator niezliczonych społecznych inicjatyw. Doświadczony onkolog i ginekolog, który do ostatnich dni życia nie zrezygnował z praktyki lekarskiej. Osoba znana, ceniona i szanowana w całym mieście.
Można by długo wymieniać Jego zasługi. Sam jednak pozostawał skromny – nie lubił się chwalić ani nachalnie reklamować. Tak opisywali Go ci, którzy spotykali Go na co dzień. Podobnie postrzegany był w kręgu rodzinnym. Wspominany przez mojego ojca, Ireneusza Hołówkę, pozostaje osobą wyjątkową. Nawet dziś, podczas rozmowy o Nim, głos ojca nabiera ciepła.
Ojciec często odwiedzał wujka doktora – nie tylko po to, by pomóc w codziennych sprawach, jak naprawa pieca, ale przede wszystkim po prostu porozmawiać. Mówi, że doktor był dla niego niczym ojciec – zawsze wysłuchał, doradził. I działało to w obie strony.
Zapytany, co mógłby powiedzieć o doktorze, odpowiedział:
– Co ja mogę powiedzieć o doktorze? Że zbliża się wiosna, a wraz z nią kolejna rocznica śmierci Dobrego Człowieka i Honorowego Obywatela Miasta Przemyśla.
– Dlaczego „dobrego człowieka”?
– Bo był dobrym człowiekiem. Umiał rozmawiać ze wszystkimi, do każdego się uśmiechał, dla każdego miał czas. Nikogo nie odrzucił.
– Mówisz, że był dobry – dla Ciebie i dla innych. A dlaczego dla Ciebie był taki ważny?
– Kiedy przychodziłem do niego, by w czymś pomóc albo o coś zapytać, siadaliśmy przy kawie i rozmawialiśmy. O różnych rzeczach. Opowiadał o dawnych czasach – jak za młodu spacerował, odwiedzał rodzinę, pracował. Lubił dobrą książkę. W latach 60. pasjonował się fantastyką. Chodził do mojej babci, która miała dużą bibliotekę domową i wypożyczał po kilka książek. I w ten sposób przenosił się w inne światy, inne życie, inne myśli.
Kiedyś opowiadał, jak pojechał w Bieszczady do porodu. Gdy przyjechał i odebrał dziecko, zastała go zima – podobna do tegorocznej, a może i gorsza. Zamiast wrócić następnego dnia, wrócił po trzech dniach. Gospodarz tak bardzo się cieszył, że świętował z panem doktorem. Szczęście było tym większe, że to był pierwszy syn.
– Co jeszcze wspominał ze swojej pracy?
– Opowiadał, jak jeździł z kolegami na prelekcje lekarskie. Mówił, że najlepszym zaproszeniem w latach 70. i 80. było ogłoszenie przez księdza proboszcza na kazaniu, że przyjadą „doktory” i będą badać.
– Dlaczego akurat tak?
– Bo ksiądz na kazaniu był wiarygodny. Wszystkie panie przychodziły na badania. Inaczej mało kto chciał się badać. Czasem w urzędzie czy u sołtysa nikt się nie zjawiał. Ale jak ksiądz proboszcz powiedział – robiło się zatrzęsienie.
Lekarze jeździli w kilku – ginekolog, onkolog, kardiolog. W ramach akcji profilaktycznych, by dotrzeć do ludzi, którzy sami nie przyjeżdżali do przychodni.
Opowiadał też śmieszne historie z zespołem, który sam nazywał „regimentem Dobrego Wojaka Szwejka”. Był tam prezesem i długoletnim uczestnikiem. Wymyślali różne rzeczy – na przykład przeciąganie liny przez San, za które można było zdobyć beczkę. Stworzył regiment lekarzy, którzy podczas manewrów badali napotkanych na ulicy przechodniów.
– Naprawdę lekarz podchodził do przypadkowej osoby i pytał, czy czegoś jej nie dolega?
– Tak. W imię Dobrego Wojaka Szwejka.
– A jak podchodził do własnego życia?
– Dziwnie. Nigdy nie miał samochodu.
– Ani prawa jazdy?
– Nie. Chciał zrobić, bo samochodem łatwiej podjechać, ale po pewnym wydarzeniu zrezygnował. Kiedyś był w komisji egzaminacyjnej na prawo jazdy – zasiadali w niej lekarz, policjant, strażak. Na stadionie zdawano na motor. Motocyklista miał zrobić dwa okrążenia, ale tak się rozpędził, że wjechał w stolik komisji i wszystko porozwalał. Doktor stwierdził wtedy: skoro mają być tacy kierowcy, którzy wjeżdżają w stolik, to on nie chce być kierowcą, w którego ktoś taki wjedzie.
Był bardzo skromny. Nawet telewizora nie miał przez długie lata. Później kupił prosty, zwykły odbiornik. Żadnych większych sprzętów, żadnego samochodu. Mieszkał normalnie, jak każdy zwykły człowiek.
– Więc jak dojeżdżał do pracy?
– Autobusem. Albo szedł pieszo, jeśli przychodnia była blisko – najpierw na dworcu kolejowym, potem na Słowackiego, w końcu w szpitalu wojewódzkim. Czasem taksówką.
Pracował długo. Chciał pracować do końca. Był cenionym, trafnym diagnostą. Ja też mogę powiedzieć, że mnie uratował.
Odwiedzali go kuzyni. Zjeżdżali się do niego – trzech, czterech. Opowiadali dawne historie, wspominali czasy wojenne i powojenne, jak dorastali. Mieli swoje czwartki, wtorki – spotykali się, by rozmawiać.
Na osiedlu, na ulicy wszyscy go znali. Działał w stowarzyszeniach, organizacjach. Z każdym rozmawiał, nigdy nie powiedział „nie mam czasu”. Zatrzymywał się, nawet jeśli miał się spóźnić – najpierw porozmawiał.
Kochał zwierzęta. Bardzo przeżył śmierć swojego psa, który wypadł przez bramę i został potrącony przez samochód. Lubił chodzić po sadzie, po ogrodzie.
Wspominał ojca – legionistę, rannego w walce, który też był lekarzem. Sportowym, działał w klubach, w Polonii. Opowiadał o nim, o rodzinie, o moim dziadku, o kuzynach – Leszku, Jurku (moim ojcu), Czesławie. Spędzali razem dużo czasu.
Lubił łowić ryby. Kiedyś, już w starszym wieku, poszedł nad San. Siedział, siedział, a gdy chciał wstać, ugrzązł w bagnie. Po kostki w błocie. Dopiero po godzinie wyczołgał się na brzeg.
Tych historii było wiele – o pracy, o dawnych czasach, o rodzinie. Cieszył się z osiągnięć wnuka, który dobrze uczył się angielskiego. Kibicował mu w staraniach o medycynę. Miał cichą nadzieję, że to właśnie on pociągnie rodzinną tradycję i zostanie lekarzem.
Historia doktora Jana Hołówki uczy, że prawdziwe dziedzictwo człowieka nie mierzy się tytułami ani dokonaniami spisanymi w dokumentach. Mierzy się pamięcią, jaką pozostawia w sercach innych. Jego życie było nieprzerwaną służbą drugiemu człowiekowi – nie tylko w gabinecie, ale w każdym geście życzliwości, w każdym uśmiechu, w każdej rozmowie.
Dla pacjentów był lekarzem, który dawał nadzieję. Dla mieszkańców – wizytówką miasta. Dla rodziny – fundamentem wartości, które trwają mimo upływu czasu. Dla nas wszystkich pozostaje dowodem na to, że można łączyć najwyższy profesjonalizm z niezwykłą skromnością i ciepłem.
Pamięć o Nim nie zamyka się w przeszłości. Jest wciąż żywa – w rodzinnej tożsamości, we wspomnieniach, w inspiracji do dalszego niesienia dobra.
Małgorzata Hołówka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze