Teoretycznie JKS Jarosław, którego w poprzednim sezonie celem był awans do III ligi, w tej kampanii powinien być poza zasięgiem jakiegokolwiek z rywali. Powinien wciągać nosem każdego z adwersarzy. Władze klubu i miasta poszły na całość, sprowadziły za wielkie pieniądze – jak na tę klasę rozgrywkową – gwiazdy, by droga do promocji klasę wyżej była lekka i przyjemna. Brak awansu z pewnością przyniesie bardzo poważne konsekwencje. Ale o tym, że nazwiska nie grają, mogliśmy się przekonać już w inauguracyjnej kolejce spotkań.
Zespół Walerija Sokołenki w Łańcucie spisał się bardzo słabo i jak najbardziej zasłużenie przegrał ze SPEC Stalą. Tylko nieco lepiej zaprezentował się spadkowicz z III ligi, czyli KS Wiązownica. Bo choć z beniaminkami, zwłaszcza na ich obiekcie, na starcie rozgrywek, zawsze się gra trudno, to takie pojedynki jak ten w Błażowej z Błażowianką drużyna prowadzona przez Huberta Kasię, wygrywać powinna. Powinna, jest bowiem obok wspomnianego JKS-u Jarosław jednym z kandydatów do walki o najwyższe laury w tym sezonie. Dla obu zespołów to sygnał, że nikt się przed nimi na murawie nie położy, nikt za darmo punktów nie odda. Być może nadepnąć im na odciski mogą choćby: Igloopol Dębica, Cosmos Nowotaniec czy Karpaty Krosno. Mogą, ale nie muszą… Na remis zagrała u siebie, wracająca po roku nieobecności na tym szczeblu, Polonia Przemyśl. Zespół Pawła Załogi sprawiedliwie podzielił się punktami z Czarnymi 1910 Jasło, choć gdyby gospodarze zaryzykowali, kto wie, czy nie zapisaliby na swoim koncie pierwszego kompletu punktów.
Patrząc na letnie wzmocnienia jarosławian, są oni wskazywani na głównego faworyta tegorocznej rywalizacji w IV lidze. Niestety, w Łańcucie kompletnie zawiedli. Pierwszy kwadrans nie zapowiadał jeszcze porażki podopiecznych Walerija Sokolenki. Goście objęli prowadzenie i wydawało się, że pójdą nawet za ciosem. Gola zdobył Paweł Oziębło, który dobił obroniony przez Filipa Dziurgota strzał Dżaby Pchakadze. Z upływem czasu do głosu zaczęli jednak dochodzić gospodarze. W 42. min przyjezdnym dopisało jeszcze szczęście, gdy Paweł Piątek z kilku metrów trafił tylko w poprzeczkę. Chwilę później lepszą precyzją wykazał się jednak Wiktor Łuczyk. Napędzeni wyrównującą bramką łańcucianie tuż po przerwie mieli znakomitą okazję do objęcia prowadzenia, ale kapitalną interwencją popisał się Maksym Guridow, który najpierw wygrał pojedynek z Piątkiem, a następnie obronił dobitkę Karola Wojtyły. W 52. min to gospodarzom dopisało szczęście, bowiem w poprzeczkę trafił Pchakadze. Kilka chwil później boisko po drugiej żółtej kartce musiał jednak opuścić Kacper Drelich. Stal wykorzystała liczebną przewagę i w krótkim odstępie czasu zdobyła dwie bramki. Prowadzenie pięknym strzałem z 16 m zapewnił jej Kamil Matofij, zaś wynik ustalił Piątek, rehabilitując się za wcześniejszą nieskuteczność.
MŁ
Jeśli szukać usprawiedliwienia dla poziomu tego spotkania, całą odpowiedzialność można zrzucić na… pogodę. Bo żar lejący się z nieba, połączony z ogromną duchotą, z pewnością dał się we znaki zawodnikom obu ekip. Ale to tylko pewne alibi. Na pogodę nie można zrzucić faktu, że przez 90 minut obie dłonie wystarczyły, aby policzyć w pełni przemyślane, składne, z inwencją i koncepcją przeprowadzone akcje przez oba zespoły. To był bardzo słaby mecz. Asekuranctwo, hołdowanie destrukcji ze strony gospodarzy można jeszcze zrozumieć, bo kadrowo ten zespół prezentuje się – jak na tę klasę rozgrywkową – bardzo średnio. Brakuje armat, a wówczas wiadomo, że w głowach najpierw świta myśl, aby nie stracić, a potem dopiero, aby zyskać. Dysponujących natomiast całkiem ciekawym zestawem personalnym jaślan już, niestety, zrozumieć nie można. Goście zawiedli na całej linii i gdyby postradali przy Sanockiej komplet punktów, mogliby mieć pretensje tylko i wyłącznie do siebie.
Ekipa Pawła Załogi miała szansę, aby udanie rozpocząć IV-ligowy sezon, ale nie podjęła ryzyka. W I połowie godne odnotowania były dwie sytuacje. Ta z 12. min, kiedy Adrian Nowak, po zagraniu Karola Rzońcy, miał bardzo dobrą sytuację do pokonania Pawła Palki, ale strzelił obok słupka. W 20. min Karol Walczyszewski, po szybkiej wymianie piłki przez kolegów, otrzymał ją w polu karnym, ale o wykończeniu nie ma nawet co wspominać. Bo jeśli powiedzenie, że „huknął panu Bogu w okno” ma uzasadnienie, to w tym wypadku było jak najbardziej adekwatne.
Bramki padły po przerwie. Goście z ochotą weszli w II połowę, ale trwało to ledwie kilka minut. W tym czasie jednak zdobyli prowadzenie. I więcej w tym było przypadku i „charytatywnej” pomocy miejscowych, niż ich inwencji. Dośrodkowanie w rzutu rożnego przemyscy defensorzy nie potrafili wyekspediować, nawet gdzie bądź, piłka trafiła w głowę Radosława Macnara i wpadła do siatki.
To tak naprawdę była jedyna poważna pomyłka bloku defensywnego Polonii, której pierwszoplanową postacią był Michał Łazor, absolutnie najlepszy zawodnik na murawie. Słowa uznania należą się także Damianowi Barszczakowi, który udanie „czyścił” przedpole. Jakości z przodu natomiast nadał zespołowi ruch P. Załogi, który wprowadził po przerwie Szymona Płocicę. Syn byłego koszykarza Polonii Grzegorza Płocicy dużo biegał, walczył, wciąż absorbując jasielską defensywę. I to on właśnie doprowadził do wyrównania. Po kombinacyjnej akcji i asyście Krystiana Solarza, bardzo przytomnie zachował się w polu karnym i… klatką piersiową skierował piłkę do siatki.
Do końca spotkania oba zespoły miały po jednej okazji, aby przechylić szalę na swoją korzyść. W 64. min Mirosław Kmiotek potężnie uderzył z ok. 30 m i piłka wylądowała na spojeniu słupka z poprzeczką, zaś w 75. min Szymonowi Gierlachowi, którego na pozycję wyprowadził Miłosz Gierczak, zabrakło centymetrów, aby piłka – zamiast na słupku – wylądowała w siatce. Remis jest sprawiedliwy.
MG
Były trzecioligowiec z Wiązownicy chciał rozpocząć sezon od zwycięstwa i śmiało mógł zgarnąć na stadionie beniaminka z Błażowej komplet punktów, lecz w sobotni wieczór był bardzo nieskuteczny. W I połowie dwie dogodne sytuacje bramkowe miał Patryk Zieliński. W 15. min trafił jednak tylko w poprzeczkę, zaś w końcówce tej części spotkania przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem gospodarzy. Po zmianie stron przewaga gości stawała się coraz wyraźniejsza, ale nie przełożyło się to na końcowy rezultat. Świetną okazję do otwarcia wyniku miał chociażby Felipe Mena, który z kilkunastu metrów uderzył tuż nad poprzeczką. W samej końcówce zwycięstwo wiązownickiej ekipie mógł zapewnić Patryk Kapuściński, jednak gospodarzy uratował słupek.
MŁ
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze