Wisłok Wiśniowa pewnie pluł sobie w brodę i złorzeczył na los, że już w drugiej kolejce mistrzowskich spotkań musiał wybrać się w podróż na stadion przy ulicy Bandurskiego w Jarosławiu. Tym bardziej było to dla nich przykre, że rywal był zły. Bardzo zły, podrażniony, z mocno nadszarpniętą ambicją i honorem po fatalnym, inauguracyjnym występie w Łańcucie, gdzie nieco wstydliwie przegrał ze SPEC Stalą 3:1.
W Łańcucie „magia” nazwisk wzięła górę nad zasuwaniem na murawie, bo jak powiedział jeden z ich kibiców: trzeba biegać, a nie mieć „nazwiska”. Ale było więcej niż pewne, że to był wypadek przy pracy, pewnie potrzebny kubeł zimnej wody. Bo kiedy „nazwiska” zgodzą się z zasuwaniem na murawie, JKS Jarosław powinien być zdecydowanym hegemonem zmagań. Już po 45 minutach Wisłok wiedział, że u rywali wszystko się zgodziło, że gniew ekipa Walerija Sokołenki wyładuje w najgorszy dla nich sposób. Już po 45 minutach nie było co zbierać. Skończyło się na sześciu trafieniach.
W Wiązownicy doszło do regionalnych derbów, w których zdecydowanym faworytem byli gospodarze. Wszak kilka miesięcy temu obie ekipy dzieliły dwie klasy rozgrywkowe, a przed startem sezonu 2025 – 2026 spadkowicz z III ligi utrzymał skład, który w zasadzie niewiele się różni od tego z poprzedniego sezonu, beniaminek z Przemyśla natomiast prawdziwych, absolutnie koniecznych, wzmocnień przeprowadził tyle co kot napłakał. Ba, został poważnie osłabiony, bo strata tak doświadczonych zawodników jak Kacper Rop i Grzegorz Gawle była typowym „samobójem”. Przez godzinę zapowiadało się na sensację, bo goście prowadzili. Potem jednak jakość wzięła górę. Faworyt wynikowo nie zawiódł, zrehabilitował się za nieoczekiwaną stratę punktów na inaugurację w Błażowej, ale musi znacznie poprawić swoją grę, chcąc w starciach ze znacznie mocniejszymi ekipami punktować.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze