Reklama

Legenda przemyskiej piłki ręcznej i bigbitu Wacław Książek: Grałem we wszystkich knajpach oprócz baru mlecznego

Rozmowa z legendą przemyskiej piłki ręcznej Wacławem Książkiem, dwukrotnym mistrzem Polski ze Spójną Gdańsk.

Ile Pan ma wzrostu?

– Jak byłem młody to 185 centymetrów, teraz na starość 180 (śmiech).

 

Pytam, bo podobno największym Pana zmartwieniem po objęciu szczypiornistów Czuwaju w 1974 roku nie była betonowa płyta boiska, która zimą zamieniała się w lodowisko, ale mały wzrost ówczesnych zawodników?

– Tak, to prawda. Koledzy byli tacy mali. Ja byłem najwyższy. Już wtedy w szczypiorniaku odchodziło się od zawodników drobnej postury. A betonowe, potem asfaltowe boisko na Czuwaju nie było ewenementem w tamtym czasie w Polsce. Tak się grało. Po deszczu podpowiadałem chłopakom, jak wykorzystać kałuże, żeby piłka nabrała poślizgu. Prawdziwą salę zobaczyłem w Koeln, na dziesięć tysięcy kibiców, gdy ze Spójnią Gdańsk pojechałem na mecz pucharowy po zdobyciu mistrzostwa Polski.

Reklama

 

Na jakiej pozycji Pan grał?

– Środkowy rozgrywający.

 

Słynął Pan z mocnego przyłożenia...

– Tak, w młodości miałem parę w rękach, to fakt.

 

Pora na klasyczne pytanie: jak to się u Pana zaczęło?

– W czasie nauki w II LO w Przemyślu grałem w szczypiorniaka w zawodach międzyszkolnych. Podobno w ocenie nauczycieli wuefu i trenerów wyróżniałem się. Po maturze zacząłem studia na warszawskiej AWF w 1962 roku. Skończyłem w 1966 roku. Ze mną na roku był Tadeusz Babiarz*, przemyślanin. Na pierwszym roku mieszkaliśmy razem w pokoju. Trzy roczniki wyżej był Józek Zagulak. Na sparingach miał za zadanie „pilnować” mnie na boisku, bo strzelałem dużo bramek. W 1968 roku poznałem siatkarkę, moją ówczesną partnerkę. Zacząłem prowadzić zespół dziewczęcy piłki ręcznej w Lechii Gdańsk. Grałem też w tamtejszej drużynie. Janusz Czerwiński, trener Spójni Gdańsk, przyszedł na mój mecz i zaproponował przejście do Spójni. To był 1969 rok. W 1970 grałem już w Spójni. Zdobyłem dwa razy mistrzostwo Polski w 1970 i w 1971 roku. W 1973 roku rozstałem się z moją partnerką. Wtedy moja mama namówiła mnie do powrotu do Przemyśla, chociaż miałem propozycję gry w Pogoni Szczecin. Wróciłem. Poznałem Danutę, wspaniałą kobietę. Założyłem rodzinę. Jesteśmy razem od czterdziestu pięciu lat. Dostałem mieszkanie. Na stałe związałem się z Przemyślem. Dochowałem się trójki dzieci. Córki Ewy z pierwszego małżeństwa oraz Krzysztofa i Ani z drugiego.

Reklama

 

Został Pan grającym trenerem Czuwaju Przemyśl?

– Tak. Z Czuwajem awansowałem w 1975 roku do drugiej ligi.

 

Czy zgadza się Pan z opinią, że zbudował Pan podwaliny pod profesjonalną piłkę ręczną w Przemyślu?

– Nie mnie to oceniać. Ale faktem jest, że pewne metody szkoleniowe, które wdrożyłem w tamtym czasie, potem procentowały. Awans do drugiej ligi sprawił, że szczypiorniak stał się w Przemyślu bardzo popularny. Udało mi się namówić kolegów wuefistów, aby szkolenie przyszłych piłkarek i piłkarzy ręcznych rozpoczynać już w szkole podstawowej. Dzisiaj być może jest to oczywiste, wtedy było nowatorskie i zaprocentowało przyszłymi rocznikami zdolnej młodzieży.

Reklama

 

Kiedy definitywnie zakończył Pan przygodę z piłką ręczną?

– Gdy miałem 35 lat, w 1978 roku.

 

Pan jest który rocznik?

– 1943.

 

Jest Pan przemyślaninem?

– Z wyboru. Urodziłem się w Stanisławowie. Do Przemyśla przyjechałem z rodzicami po wojnie. Mieszkaliśmy na Grunwaldzkiej.

 

Po zawieszeniu adidasów na kołku rozpoczął Pan przygodę jako wuefista?

– Od zakończenia gry w piłkę ręczną aż do emerytury uczyłem wuefu w Technikum Łąkarsko-Rolniczym na Bakończycach. W szkole oczywiście specjalizowałem się w szczypiorniaku. Emerytem jestem od 15 lat.

Reklama

Jak to się stało, że Pan, mając taką parę w rękach, stał się gwiazdą przemyskiego big bitu?

– Tego to nie wiem, ale rzeczywiście już w liceum grałem w rożnych zespołach muzycznych. Potem zakładałem swoje.

Na czym Pan grał?

– Lepiej zadać pytanie, gdzie grałem? A grałem we wszystkich knajpach, oprócz baru mlecznego (śmiech). A na poważnie, to najczęściej grałem w Niedźwiadku i najbardziej modnych w tamtym czasie restauracjach: Polonii, Adrii, Karpackiej, Trojce, Egerze, Klubie Garnizonowym, restauracji Wiedeńskiej, w hali sportowej na Sylwestra. Nie wybrzydzałem. Było to moje dodatkowe źródło dochodu.

Reklama

 

Czyli do kotleta?

– Można tak powiedzieć. Ale wie pan, ja nie mam i nie miałem z tym żadnego problemu. Graliśmy największe ówczesne przeboje. Muzykę taneczną na dobrym poziomie, przy której ludzie dobrze się bawili. Dawaliśmy ludziom wiele radości, czasem wzruszeń. Mój zespół zapewniał stuprocentową frekwencję na dansingach. Byliśmy rozchwytywani. Grałem ze zdolnymi muzykami.

 

Zespół Wacława Książka to była marka. To na czym Pan grał?

– Na wszystkim (śmiech). Na saksofonie, gitarze, akordeonie, instrumentach klawiszowych, śpiewałem, a jak trzeba było to i na perkusji? Na koniec przerzuciłem się na klawisze, bo zabrakło mi pary, żeby dmuchać w saksofon.

Reklama

 

Pan jest samoukiem muzycznym?

– Nie. Ukończyłem w Przemyślu szkołę muzyczną w klasie saksofonu u pana Bolechowskiego.

 

A teraz Pan grywa jeszcze?

– Tylko w domu. Mam z dwa tysiące płyt. Jest co robić i słuchać.

 

Gdyby miał Pan szansę zacząć jeszcze raz swoja karierę zawodniczą, to...

– Daj pan spokój z takimi pytaniami. Teraz, najczęściej to ja się spotykam z byłymi zawodnikami i kolegami na cmentarzu. Cholera mnie bierze, że tylu z nas już poumierało.

 

No to może jakieś przesłanie dla młodych?

– Gdy chodzę z pieskiem na spacer, to patrzę na młodych. Boisko na osiedlu, a oni siedzą i klikają. Każdy z telefonem. Ktoś dostał drona na komunię i go puszcza na okrągło. Inni stoją, biją brawo. To ich jedyna forma ruchu. A ja pamiętam ze swojego dzieciństwa, jak ktoś miał piłkę, to musiał być wybrany do drużyny. Nie umiał grać, ale miał piłkę. Każda łąka, każde boisko było zajęte. A przesłanie: więcej ruchu.

Reklama

 

Czego Pan sobie życzy w 80. rocznicę urodzin?

– Zdrowia…

 

Więc zdrowia, Panie Wacławie!

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości